Przyszła na moje zajęcia teatralne. Nazwijmy ją Oliwia. Nieśmiała i wycofana, kompletnie nie wyglądała na kogoś, kto marzy o świetle reflektorów. Chyba namówiła ją przebojowa koleżanka. Trzeba było sprawdzić możliwości Oliwii – jak wszystkich nowych uczniów. Już nie pamiętam, co miała zrobić. Obrabować fikcyjny bank? Stąpać boso po niewidzialnych gwoździach? Dźwigać nieistniejący worek z kamieniami? Zagrać zsiadłe mleko? „Nie zrobię tego” – powiedziała. „No to czego szukasz na zajęciach teatralnych?” – zapytałam brutalnie. „Skoro boisz się zaprezentować przed dziesięcioma osobami, to jak sobie poradzisz ze stuosobową widownią?” Wzięła plecak i wyszła. Odetchnęłam z ulgą. Pewnie już nie wróci.
– Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz – szeptał mi do ucha jakiś dziwnie znajomy, natrętny głos.
To chyba ze zmęczenia – pomyślałam w popłochu. Muszę dzisiaj iść wcześniej spać. Tajemniczy głos jednak nie dawał za wygraną.
– Nie udawaj, że mnie nie znasz. Spotykamy się za każdym razem, kiedy nie chce ci się dokładnie umyć schodów, gdy spóźniasz się na wspólne modlitwy i fukasz na starszą siostrę, która irytująco szeleści papierkami od cukierków w kaplicy, choć wiesz, że będzie szeleścić do końca świata i jeden dzień dłużej. A także wtedy, kiedy bezmyślnie scrollujesz social media zamiast wziąć się do roboty i napisać wreszcie felieton do miesięcznika „W drodze”.
Zaczęłam rozważać wizytę u psychiatry.
– Ale dzisiaj to już przegię
Zostało Ci jeszcze 75% artykułu
Oceń