Patrzę na niespakowaną walizkę do Nowego Jorku, za kilka godzin odlot. Myślę o tym, jak wiele się zmieniło, odkąd podróżowałam tam po raz pierwszy. Tam, do Wielkiego Jabłka, miasta marzeń, tego, które ponoć nigdy nie śpi, ale pozwala urzeczywistniać najwspanialsze sny. Nie wiem, czy mityczna Ameryka, do której jadę, ma jeszcze cząstkę tamtej siebie.
Dziś po Manhattanie hula wiatr. Rekordowo silny, lodowaty. Internet pełny jest filmów ukazujących ludzi popychanych podmuchami odczuwalnymi jako minus 30 stopni, walczących z nieprzyjazną siłą przepędzającą życie z legendarnych ulic. Na Times Square – tam, gdzie na początku lat osiemdziesiątych XX wieku miała z taksówki wysiąść młodziutka Madonna, przyszła gwiazda popu, i poczuć, że jest w samym centrum świata – zwały zmrożonego śniegu. I feeria telebimów nadających świetlne komunikaty do nikogo. Nowy burmistrz miasta, lewicowy demokrata Zohran Mamdani, ma pełne ręce roboty. Ze względu na temperatury władze nieoficjalnie wstrzymały politykę usuwania osób w kryzysie bezdomności z dworców i pociągów metra. Ruszyły przenośne stacje pozwalające się ogrzać. Zima minie, mrozy odejdą, ale nie wiadomo, czy do Nowego Jorku wróci jeszcze kiedyś blask i puls, niosący światu opowieść o bezkresnych możliwościach i wolności.
Nowojorczycy wybrali nowego burmistrza sfrustrowani chudnącymi portfelami. Obiecał darmowe przejazdy autobusami i opiekę nad dziećmi – żłobki, przedszkola. Czyli tak zwany socjal obcy amerykańskiej rzeczywistości, dyskredytowany przez wrogów Mamdanie
Zostało Ci jeszcze 75% artykułu
Oceń