Spotkałam tatę swojej dawnej uczennicy. Nazwijmy ją Kasia. Kiedy przed laty pracowałam w podstawówce, Kasia chodziła do czwartej klasy, należała do prowadzonej przeze mnie dziecięcej grupy teatralnej i tańczyła w balecie. Była eteryczna, nieśmiała i bardzo wrażliwa. Teraz ma dwadzieścia pięć lat, mieszka za granicą i postanowiła żyć tak, jak chce: rozwija swoją pasję do tańca w offowym zespole. Tato prowadzi dobrze prosperujący biznes, który przetrwał wszelkie kryzysy, łącznie z pandemią. Dodajmy jeszcze, że jest to bardzo tradycyjna, wielopokoleniowa rodzina, przywiązana do wartości narodowych i chrześcijańskich – jak z przedwojennych powieści. Pamiętam, jak się zachwycałam, że co roku w Wigilię jej najmłodsi członkowie wystawiają minijasełka i znają na pamięć obszerne fragmenty utworów Mickiewicza…
– Co u Kasi? – zagadałam. – Dalej tańczy?
– Niestety – odparł ponuro ojciec rodziny.
– Dlaczego niestety? – spytałam zdumiona.
– Bo to niemoralny zawód, a na Zachodzie pod tym względem jest jeszcze gorzej niż w Polsce. Jeśli nie deklarujesz się jako LGBT, nie dostaniesz pracy. Dobrze, że Kasia ma swój „kręgosłup”.
Próbowałam tłumaczyć, że w takim razie Bogu dzięki, bo dziewczyna robi to, co kocha, a równocześnie nie rezygnuje z wartości,
Zostało Ci jeszcze 75% artykułu
Oceń