Jak by tu zacząć, żeby nie było banalnie? Może tak: schrzaniłem. Ale proszę się nie martwić: nie zamierzam dokonywać publicznego wyznania jakiejś strasznej bądź długo ukrywanej winy. Tajemnice sumienia chowam wyłącznie do spowiedziowych klimatów. Wpadka zdarzyła mi się na czysto teologicznym gruncie. I jeśli teraz ktoś – choćby w myślach – zaczął zacierać ręce, ciesząc się z cudzego nieszczęścia i licząc, że palnąłem gdzieś heretycki tekst, to nie mam dobrych wieści. Sypnąłem się jakościowo i to w sumie w kwestii niekluczowej. Ale sprawa łazi za mną na tyle wiernie i wytrwale, że bez felietonowej autoterapii się nie obejdzie. Zatem po kolei…
Całkiem niedawno, choć właśnie sobie uświadomiłem, że to już „w ubiegłym roku”, ukazała się moja Eklezjologia, czyli nieco karkołomna próba pogodzenia zaawansowanego eseju teologicznego, podręcznika akademickiego i rynkowej książki o Kościele „dla ludzi”. Jak to w takich razach bywa, musiałem dokonać selekcji materiału: książki mają to do siebie, że muszą się kiedyś kończyć. Cała raja (w śląskiej godce: kolejka) kwestii od fazy wczesnego planowania oczekiwała z wyczuwalnym dla mnie niepokojem, czy się zmieści, czy jednak skończy na hołdzie notatkowego śmietnika. Po latach doświadczeń potrafię być wobec takich zagadnień bezdusznie bezwzględny: co idzie na śmietnik, zostaje na śmietniku i raczej nie nawiedza mnie już po nocach. Dniami tym bardziej nie. Gorzej jest natomiast, kiedy – a niestety zdarza się to regularnie – coś przegapię przy pisaniu i odkryję to, kiedy jest już za późno. Raja (tym razem po śląsku to będzie „rząd”) egzemplarzy autorsk
Zostało Ci jeszcze 75% artykułu
Oceń