Siadając do laptopa, coś odkryłem. W folderze z napisem „W drodze”, gdzie znajdują się wszystkie moje felietony napisane dla miesięcznika, licznik wskazał liczbę 100. To dobra okazja, żeby napisać szczerze, jak te teksty powstają.
Ryzyko jest spore, bo już kanclerz Otto von Bismarck mówił, że „Ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi kiełbasę i politykę”. Akurat w tej sprawie miał rację, bo to jedno wielkie oszustwo. Politykę mamy na co dzień i to wystarczy, żeby nie darzyć zaufaniem jej aktorów. A gdybyśmy wiedzieli, ile jest mięsa w kiełbasie i jak wygląda proces jej produkcji, to do ust byśmy tego nie wzięli.
No dobrze, ale przecież czasami trafia się niezwykle smaczna i pachnąca.
Z felietonami jest podobnie. Trzeba mieć odwagę powiedzieć sobie, że zazwyczaj brakuje mi produktów, z których mógłbym coś smakowitego upichcić. Mam nawet poczucie, że od ośmiu lat dopuszczam się mistyfikacji polegającej na tym, że zapełniam dwie strony, chociaż nie daję treści.
Boję się, że któregoś dnia redaktor naczelny zadzwoni do mnie z pytaniem: – A kiedy zaczniesz pisać na jakiś temat, coś konkretnego, z przesłaniem… Tu zawiesi głos, licząc na moją inteligencję, która powinna mi podpowiedzieć, że skoro nie mam nic do powiedzenia, to nie powinienem zabierać głosu i odejść z resztką godności.
A ja nic. Pierwszy felieton ukazał się w styczniu 2018 roku. Wyjątkowo miałem wtedy temat, który uznałem za właściwy na debiut w miesięczniku kulturalno-religijnym.
Zostało Ci jeszcze 75% artykułu
Oceń