nie pamiętam już dziś, w jakim kontekście zadano Janowi Pawłowi II pytanie o jego osobistą diagnozę w odniesieniu do stopnia zaawansowania chrześcijaństwa w świecie. Miał odpowiedzieć, że w jego opinii wciąż jesteśmy na początku zrozumienia, czym tak naprawdę jest naśladowanie Jezusa, i że dopiero się uczymy, jak żyć Ewangelią. Być może komuś taka diagnoza wyda się krzywdząca i niesprawiedliwa. Myślę jednak, że jest w niej dużo prawdy. Spójrzmy chociażby na sakrament pokuty.
Jak pokazują nasi autorzy, nadal niestety dobrze się ma jurydyczne podejście do własnego życia, rachunek sumienia wykonywany w oparciu o drobiazgowe pytania, na które odpowiadamy w kluczu „tak” lub „nie”, sprowadzając życie i wybory do konfrontacji z zasadami. Wielu powie, że tak ich nauczono i przecież nie ma w tym niczego złego.
Chrystus mówił, że nie przyszedł znieść Prawa i Proroków (Mt 5,17), ale jednocześnie wielokrotnie dawał do zrozumienia, że przepisy to o wiele za mało i że w szukaniu drogi do Boga liczy się badanie własnego serca. Innymi słowy, konieczne jest przekroczenie moralności minimalistycznej, zamykającej się w stwierdzeniu: „Jestem dobrym człowiekiem, bo nikogo nie zabiłem i nikogo nie okradłem”, na rzecz duchowości, o której Jezus mówił chociażby w przesłaniu ośmiu błogosławieństw. W tej perspektywie nie chodzi tylko o postępowanie zgodne z przepisami, ale przede wszystkim o zastanowienie się nad utraconymi okazjami do czynienia dobra. Dlatego zachęcam Państwa do lektury marcowego wydania „W drodze”, by w okresie Wielkiego Postu świadomie odpowiedzieć sobie na pytanie: „Z czego się spowiadam, gdy się spowiadam?”.
Oceń