Czas po próbie

Czas po próbie

Próba w swoim trwaniu przynosi już obfite owoce, odkrywając w człowieku niepodejrzewane wcześniej zasoby dobra, siły i wdzięczności.

Nie ma innego sposobu na sprawdzenie naszej wierności Bogu, jak tylko przyłożenie do naszego życia miary wytrwałości, która doskonali się w różnego rodzaju próbach. Tak przynajmniej myśli św. Benedykt. Nie trzeba sobie jednak wyobrażać próby jako bezwzględnego egzaminu — monologu ze złożonych Bogu obietnic, bo próba jest zawsze dialogiem: wierności z wiernością, obecności z obecnością, nawoływania z nawoływaniem. W czasie trudnym, jałowym, przepełnionym cierpieniem bywa i rozpaczą. Próba tym różni się od nieszczęścia, że z natury swojej zdąża do szczęścia większego, bez oglądania się na to, co już się zdobyło, jest etapem, ćwiczeniem, jest dynamiczna, może być sporem, walką, ma wewnętrzny horyzont — dlatego nie zadowala się zbyt pospiesznymi, pełniącymi rolę środków uśmierzających odpowiedziami. Można powiedzieć, że próba to ambitne doświadczenie naszej wielkości.

Nieszczęście tymczasem ma również dynamikę, ale niszczącą, zdaje się wydarciem nam czegoś z rąk, wydarciem nas samych ze stanu poprawnego szczęścia: niedostatecznego czasami, ale wystarczającego nam tak naprawdę w zupełności. Nieszczęście ma również swoją optykę i swój horyzont, który nazywam nieodwołalnością: to się nie wróci, nie wskrzesi, nie odzyska, a nawet jeśli moją pustkę zapełni jakieś szczęście, to szczęście to nie będzie takie jak przedtem.

Język intuicyjnie dotyka tych dwóch odmiennych rzeczywistości, bo przecież mówimy o „spotkanym nieszczęściu” — a więc przypadek, może zasadzka, rzecz, której mógłbym uniknąć. W nieszczęściu zadajemy pytanie: dlaczego?! (Boże, przyjacielu, wspólnoto). W wypadku zaś próby posługujemy się takimi wyrażeniami, jak „poddanie próbie”, „przechodzenie przez próbę” — a więc w domyśle: posłuszeństwo, marsz, wędrówka, koniec próby. Próba zadaje pytanie: gdzie jesteś?! (Boże, przyjacielu, wspólnoto).

Jednak jeśli nieszczęście otworzy się na pociechę — może stać się próbą. Próba zaś, jeśli odrzuci wytrwałość i wybierze wyścig z czasem — może stać się nieszczęściem. List ten zatytułowałem Czas po próbie, mając na myśli pewnego rodzaju relekturę zdarzeń i odkryć poczynionych w czasie próby. Tymczasem nie tylko czas po próbie jest owocny, ale i sama próba w swoim trwaniu przynosi już obfite owoce, odkrywając w człowieku niepodejrzewane wcześniej zasoby dobra, siły i wdzięczności. Dobrze jest jednak zrobić rachunek sumienia z przebytej próby — a więc przypomnieć sobie ciąg zdarzeń, przeprowadzić ich analizę, aby uwypuklić zaniedbania, zaniechania, stracone szanse etc., a nade wszystko raz jeszcze podziękować Bogu za Jego opiekę.

Milczenie i cierpliwość

Święty Benedykt radzi wszystkim, na różne sposoby doświadczanym braciom, nade wszystko zachować milczącą i świadomą cierpliwość. Znajdziemy w tym nakazie zapis dwóch mądrych obserwacji. Po pierwsze, Benedykt ostrzega nas przed zbyt łatwym i pospiesznym „skanalizowaniem próby” oraz przed gadulstwem, uskarżaniem się i obnoszeniem własnego cierpienia. Skanalizowana próba to nic innego, jak znalezienie winnego (rzeczywistego lub wyimaginowanego) mojego stanu i pragnienie ukarania go. Benedyktowa dyskrecja w próbie to przypomnienie, że to nie przeciwnik powinien być moim stałym punktem odniesienia, lecz Chrystus.

W wersji optymistycznej próba skanalizowana nie przedstawia się bardziej interesująco, bo albo jest naiwnym pocieszaniem się i łatwą zgodą w stylu: „tak bywa, nie można mieć wszystkiego, straciłem (ją, jego) — to nic, jest tylu jeszcze innych ludzi na świecie, a poza tym i tak moje obowiązki zawodowe pozwolą mi zapomnieć etc.”, lub też: „dobrze mi tak, za głupotę i naiwność trzeba płacić, teraz będę już ostrożniejszy, ten się śmieje, kto się śmieje ostatni”. Czasami może się nam wydawać, że płacąc upokorzeniami, samotnością, przegraną — znaleźliśmy złoty środek, magiczną formułę, jednym słowem, metodę życia i jesteśmy po chwilowych cierpieniach i upokorzeniach dość dobrze wyekwipowani przed następnym atakiem. Tymczasem, myśląc tak, zabijamy jedno jedyne pytanie ofiarujące nam życie: „Czego ode mnie oczekuje w tej chwili Chrystus?”.

Milczenie to także ochrona przed „przegadaniem próby” — wielomówstwo i obnoszenie się ze złym czasem, jak z nobilitującym mnie w grupie paszportem, czyni mnie, na chwilę ośrodkiem zainteresowania, lecz mój stan staje się jeszcze gorszy z chwilą, gdy wspólnota lub grupa przyzwyczai się do niego i będzie mnie kojarzyć wyłącznie z tym czasem, zapominając o całej bogatej reszcie mojego życia. Pamiętajmy, że wszystkie słowa, które nie pochodzą z głębi mojego serca, wszystkie słowa, które nie niosą w sobie światła Chrystusa, pomnażają jedynie otaczające nas mroki.

Milczenie w próbie to również ochrona życia wspólnotowego, którego równowaga — jak wiemy — może być łatwo zachwiana przez nasze oskarżenie czy skargę: nie wszyscy członkowie są dostatecznie przygotowani i silni, by mi pomóc przez poradę, czas mi poświęcony, wszyscy jednak mogą być zbudowani przez moją dyskrecję i wspierać mnie osobistą modlitwą. Nakaz cierpliwości mocno zakotwiczony jest w obowiązku dawania innym przykładu i tak potrzebnego wspólnocie składanego przez nas świadectwa męstwa. Jego brak, postawa buntu łamie najczęściej najmłodszych członków wspólnoty, nierzadko odbierając im sens podjętych zobowiazań i zaciemniając horyzont wiary.

Cierpliwość to inna nazwa starej monastycznej zasady: zawsze budować, nigdy łamać. Rola cierpliwości nie wyczerpuje się jednak w funkcji, którą umownie nazwiemy „ochronną”. Cierpliwość to stan ducha gotowego przyjąć trudne warunki Bożej miłości — być zawsze i wszędzie z Jezusem, niezależnie od sytuacji, niezależnie również od radości, którą nam obiecano i której nam brak. Tak mówi Benedykt w 7 rozdziale Reguły poświęconym pokorze:

Aby zaś wskazać, że ten, kto jest wierny, powinien znieść dla Pana wszystko, nawet najgorsze przeciwności, Pismo mówi w imieniu cierpiących: Lecz to przez wzgląd na Ciebie ciągle nas mordują, mają nas za owce na rzeź przeznaczone (Ps 44). A cierpiący, bezpieczni w swojej ufności w zapłatę Bożą, dodają, pełni wesela: Ale we wszystkim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował (Rz 8,37).

Odkryć, przyjąć, żyć

Milczenie i cierpliwość to dwa skuteczne starożytne środki prowadzące nas prostą drogą do głębi naszego serca, bo tam rozgrywa się prawdziwa batalia o każdego z nas. Milczące i cierpliwe serce najpierw nas zawstydzi, bo odkryjemy w nim ślady Boga. On był tu, a ja nie wiedziałem! To bardzo pozytywny wstrząs, po którym już nie tak łatwo będziemy wierzyć we własne ograniczenia. To On przygotował już wszystko w nim do nowego, głębszego spotkania, jedności moich myśli z Jego myślami, mojej modlitwy z Jego modlitwą, moich działań z Jego działaniami, mojego życia z Jego życiem. Wystarczy powiedzieć „tak”.

„Tak” rozpoczyna w nas uzdrowienie. Posiadamy już przecież pierwsze dary zrodzone w doświadczeniu: najważniejszym z nich jest „poszerzone serce” — czyli takie, które potrafi już łączyć w jedno ognisko rozproszone niegdyś Boże znaki, sygnały, natchnienia; serce, które nie widzi wszystkiego oddzielnie, lecz odczytuje, odkrywa Boży gest pociechy i posłania we wszystkich okolicznościach życia. Można nawet opisać rytm zdrowego serca: odkryć, przyjąć, żyć.

Odkryć, że sytuacja jest nowa — to oczywiście banalne, ale bardzo trudne dla nas, którzy poczyniliśmy już pewne projekty i plany, zaangażowaliśmy siły, przewidzieliśmy pozytywny skutek. Przyjąć — zawsze jest inaczej… Dodajmy: zawsze jest lepiej, lepiej dla nas, i nie warto tylko naskórkowo akceptować nowej sytuacji, a w głębi duszy trzymać się kurczowo starych projektów i czekać na nadarzającą się okazję. To jest zabójcze. Żyć — póki oddychamy, poruszamy się, nie możemy marnotrawić naszych dni. Czas jest zmarnotrawiony, jeśli pogrążamy się w apatii, banalności, nudzie lub chciwości gorączkowego smakowania wszystkiego. Żyć to dzielić z Chrystusem Jego entuzjazm.

Kiedy mowa o entuzjazmie, znacząco podnosimy nasze oczy i kierujemy wzrok na odpowiedzialnego wspólnoty, kapitułę lub bezradnym gestem wskazujemy na dokumenty, które miały wyznaczyć kierunek życia wspólnoty, a stały się ostatecznie bezbarwnym zapisem, co wolno, a czego nie wolno, doprawionym duchowym sosem o wysokim stężeniu abstrakcji. Wzrok i gesty mówią, że nie może być mowy o żadnym entuzjazmie przy takim rządzie i przy takim sejmie. Prawda to i nieprawda. Chyba jednak bardziej nieprawda.

Skrucha, współczucie, pragnienie Boga

Kiedy problem „braku entuzjazmu” w życiu monastycznym został podniesiony we wspólnocie benedyktyna i kardynała Basila Hume’a — ten odwołał się do autorytetu znanej mistyczki Juliany z Norwich, która bardzo dawno temu prosiła Jezusa o trzy rzeczy, które — według o. Basila — stanowią źródło naszego entuzjazmu w życiu. Juliana prosiła o prawdziwą skruchę, prawdziwe współczucie i niegasnące pragnienie Boga.

Jeśli brak w nas skruchy, to albo nasze pojecie grzechu jest błędne, albo karmimy się fałszywym obrazem samego siebie. Skrucha jest znakiem serca, które dało się przekonać o swoim grzechu, uznało pokornie, że i ono może być źródłem zła i krzywdy, mało tego — to serce nigdy nie zapomina o kuszącej strefie cienia rozciągającej się zaraz za obszarem Chrystusowego światła. Skruszone serce to wreszcie takie, które się nie usprawiedliwia, używając wyrafinowanych lub całkiem prostackich argumentów, bo nie jest przerażone perspektywą kary, ale dąży z całych sił i z całą zuchwałością swojej biedy do źródeł Boskiego miłosierdzia. Jego nieustający dar znosi otępienie, marazm, a ponieważ obejmuje całego człowieka, wyzwala go również z niszowej świadomości, która zazdrośnie stawia poza zasięgiem Boga niektóre człowiecze strefy, te zaś — jak doświadczenie pokazuje — w niedługim czasie stają się źródłami cierpienia, smutku i duchowego paraliżu.

Autentyczne współczucie jest najpierw owocem ćwiczonej wyobraźni, która nie tylko nie zamyka się już w wąskim kręgu naszych przewidywań, marzeń i projektów, ale potrafi przedstawić nam przyszłość powierzającego się nam człowieka lub tych ludzi, do których jestem posłany. Powiedzmy, że autentyczne współczucie jest zdolnością przewidywania sytuacji złej, konsekwencji samotnego cierpienia innych, ich izolacji lub beztroski. Rozszerzona wyobraźnia działa w nas jak stimulus — bodziec zmuszający nas do porzucenia lenistwa i obecności całym sobą przy drugim. Autentyczne współczucie to słuchanie, słuchanie życzliwe, aktywne, lecz bez pospiesznego odwoływania się do przykładów z własnego życia, bo choć istnieją pewne analogie między sytuacją cierpiącego a moim doświadczeniem, to jednak są to różne rzeczywistości, a znękany człowiek najpierw chce być po prostu wysłuchany. Jeśli mówimy, że współczucie to cierpienie z cierpiącymi, jest to prawda tylko w tym wypadku, gdy ofiarujemy swoje siły, umiejętności i czas, by ulżyć choć trochę temu cierpieniu.

Pamiętajmy, że ludzie przechodzący doświadczenie próby często prowokują otoczenie, by przekonać się o szczerości współczucia. Stąd też prawdziwe współczucie opiera się na stałości naszych uczuć i przekonań, na naszej niezmienności w podjętych zobowiązaniach. Współczucie nie jest przyłożeniem do mózgu doświadczanego człowieka elektrod argumentów, nie jest też bezwolną krzątaniną w spełnianiu jego często wymyślnych rozkazów i kaprysów, za którą skrywa się nasza bezsiła, złość i zmęczenie. Współczucie jest jak rozsunięcie firanek w ciemnym pokoju, jak rozebranie dachu i spuszczenie paralityka przed nauczającego w domu Jezusa. Współczucie ma doprowadzić do bardzo osobistego spotkania doświadczanego człowieka z Chrystusem. Sam na sam, bo to doświadczany człowiek ma podjąć decyzję o swoim życiu. I nikt nie może go w tym zastąpić. Decyzja ta będzie na „tak”, jeśli nasza obecność będzie transmisją Bożej obecności, Jego litości i siły.

Niegasnące pragnienie Boga to stan człowieka dostrzegającego niewystarczalność i ograniczoność rzeczy stworzonych, niezdolnych wypełnić pragnienia ludzkiego szczęścia, a zarazem z pogodą, bez pysznej rezygnacji, z radością i dziękczynieniem, z mocnym przekonaniem, siłą i cierpliwością budującego na tym widzialnym świecie Królestwo Ośmiu Błogosławieństw. Strzec się należy tych wszystkich mistyków, którzy nie chcą być tu, lecz tam, nie z tymi ludźmi, lecz z tamtymi, więcej uwagi poświęcających uczuciu głodu niż otaczającym ich ludziom, wydarzeniom, obowiązkom, rzeczom, które najzwyczajniej są znakami Bożej woli. Jeśli głód Boga rani powierzonych mi ludzi, niszczy małżeńskie lub zakonne przyrzeczenia, rozdziela tragicznie jedno jedyne życie na to duchowe i to do znoszenia — nie jest to głód Boga, ale choroba. Prawda tego pragnienia ukazuje się w zgodzie na utratę Jego obecności (stracić, by uzyskać jeszcze więcej) i w posłuszeństwie Jego bardzo dynamicznej obecności, która jest obecnością misyjną. Kontemplacja nigdy nie kończy się i nie zamyka na doznanym szczęściu, ale prowadzi człowieka tam, gdzie on nie chce. Spotkanie z Chrystusem trzeba wypełnić — nie na darmo z Jego ust padają bardzo wyraźne nakazy: „Wstań!”, „Idź!”, „Przejrzyj!”, „Bierz i jedz, bierz i pij”, „Pójdź za Mną”, „Przemów”, „Pozostań wśród swoich”, „Głoś”, „Uzdrawiaj”. A jeśli wciąż małodusznie wątpimy w niezbędność czasu próby, to przypomnijmy sobie te obezwładniające swoją prostotą słowa Chrystusa skierowane do św. Pawła: „Moc w słabości się doskonali”. Nie warto marnotrawić pewnie w niedługim już czasie mającej nadarzyć się okazji.

Czas po próbie
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...