Melchior Wańkowicz mawiał: Język jest jak rzeka, która na początku wchłania wszystkie nieczystości, brudy, ale u ujścia jest jasna, klarowna. Ja też głęboko w to wierzę.
Z profesorem Janem Miodkiem rozmawia Katarzyna Kolska
Panie profesorze, czy ja jestem pana gościem, czy gościnią?
Gdyby mnie pani zapytała, czy jest pani redaktorem, czy redaktorką, dyrektorem, czy dyrektorką, to powiedziałbym, że może być pani redaktorką albo dyrektorką.
Dyrektorka, redaktorka, dziennikarka, polonistka czy rusycystka nikogo nie razi, a gościni zgrzyta w uszach, bo jest kimś nowym słowotwórczo. Ona jest strukturalnie najpoprawniejsza w świecie, ale musimy się z nią osłuchać. I to jest problem wszystkich feminatywów.
Myśli pani, że mnie ministra nie zgrzyta? Zgrzyta. Osobiście wolałbym ministerkę, ministra jest dla mnie pretensjonalna. Ale nie ma formy męskiej, od której nie można by utworzyć formy żeńskiej.
Słyszałem w radiu dziennikarza, który witał panią dyrektor, no niech będzie Kowalską. „Nie jestem żadną dyrektor Kowalską, jestem dyrektorką Kowalską” – powiedziała.
Na drugi dzień ten sam dziennikarz wita dyrektorkę Wiśniewską, a ona wrzeszczy na niego, że nie jest dyrektorką Wiśniewską, tylko dyrektor Wiśniewską. No i masz babo placek.
Osłuchanie się z chirurżką będzie dla mnie trudne…
Pracuję na Uniwersytecie Wrocławskim już sześćdziesiąt dwa lata i obserwuję, jak się zmieniają nazwy na pieczątkach i na tabliczkach na drzwiach – są dziekanki, adiunktki, dyrektorki i wicedyrektorki. Ja wiem, że to jest napędzane ruchami feministycznymi, ale jako historyk języka powiem, że jest to powrót do typologicznej tradycji polszczyzny. Języki słowiańskie są przyrostkowe, jeśli idzie o feminatywy. Czesi nie mają z tym najmniejszych problemów: tam są i prezydentka, i premierka, i profesorka, i docentka, i dziekanka, i inżynierka. Podobnie u Niemców: kobieta stojąca na czele uniwersytetu jest albo panią Rektorin albo Präsidentin, nie ma żadnej Kanzler Merkel, tylko jest Kanzlerin Angela Merkel, czyli jest kanclerka Angela Merkel. A myśmy się trochę zapędzili w kozi róg.
Wystarczy popatrzeć na nekrologi pisane po śmierci moich koleżanek profesorek, które pracowały na uczelni wiele lat i pełniły różne funkcje.
W jednym nekrologu ktoś napisze o niej profesor zwyczajny, ale już w innym profesor zwyczajna, opiekun wielu przewodów doktorskich, a może opiekunka. Promotor wielu doktoratów, a może promotorka. Jednym słowem – musimy się do tego przyzwyczaić.
A pan się już przyzwyczaił?
Wiele lat temu dzwoni do mnie słynny komentator sportowy Bohdan Tomaszewski, taki z urody Gary Cooper polskiego dziennikarstwa. Trwały właśnie igrzyska olimpijskie w Londynie. Pierwszy medal dla Polski (srebrny) wystrzelała tam Sylwia Bogacka. Zawodowo była związana z wojskiem, więc spiker przeczytał: „Pierwszy medal dla Polski wystrzelała żołnierka Sylwia Bogacka”. Tomaszewski dzwoni oburzony: „Co to za żołnierka?”. Ja mu powiedziałem: „Panie redaktorze, pewnie pierwszy i ostatni raz w życiu się z panem nie zgadzam. Co pan chce od tej żołnierki? Ja nie mam nic przeciwko niej”.
A on mi na to: „To co? To będziemy też mówić o żołnierkach powstania warszawskiego?”.
Dziś już tak mówimy i nikogo to nie dziwi. Słyszymy też o powstankach i powstańczyniach.
I za kilkadziesiąt lat stanie się to normą?
Nie wiem, proszę pani, nie wiem. W dwudziestym wieku językoznawcy pomylili się dwa razy: w 1904 roku „Poradnik Językowy” przepowiada
Zostało Ci jeszcze 85% artykułu
Oceń