Bilet do nieba
Oferta specjalna -25%

List do Rzymian

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Gdy Andrzej poprosił o księdza, Ewa co sił pobiegła do kościoła. – Bałam się, że mąż się rozmyśli i umrze bez Boga.

Ksiądz Mateusz, proboszcz: – Niektórzy boją się, że jak kapłan przyjdzie do chorego ze świętymi olejami, to chory zaraz umrze.

Ksiądz Jakub, były kapelan szpitala: – Tłumaczę, że sakrament chorych to taki bilet na pociąg do nieba, warto taki bilet mieć w kieszeni.

Arleta, straciła dwuletnią córkę: – Wierzę, że dzięki naszym modlitwom Agatka jest teraz w niebie zdrowa.

1.

Z Katechizmu Kościoła Katolickiego:

Pierwszą łaską sakramentu namaszczenia chorych jest łaska umocnienia, pokoju i odwagi, by przezwyciężyć trudności związane ze stanem ciężkiej choroby lub niedołęstwem starości.

Irena, emerytowana nauczycielka, czekała na śmierć kilka razy. Ostatnio pół roku temu.

– Szpitalna recydywa – mówi o sobie. Wie, co mówi. 64 lata i ponad 20 razy w szpitalu, pięć operacji na nowotwory. Choroby nauczyły ją jednego: – Że w obliczu śmierci nic nie jest ważne. Tylko wiara się liczy.

Przed operacją szła zawsze do spowiedzi i przyjmowała sakrament chorych. – Nie ze strachu, że zaraz umrę, ale z nadzieją, że mi to pomoże w chorobie, że będę silniejsza duchowo – mówi Irena. Skończyła zaocznie teologię. Nikt nie musi jej przekonywać, po co jest sakrament.

Pół roku temu minęły trzy lata od usunięcia guza mózgu. Miała wznowę. – To pani jeszcze żyje? – spytał lekarz, który ją poprzednio operował. Powiedział, że ludzie z glejakiem żyją od ośmiu miesięcy do roku. Ona przekroczyła limit trzykrotnie. Przeraziła się na dobre.

– Dla mnie to nie był serial w telewizji – mówi. Nie zamartwiała się długo. „Może Pan Bóg mnie zachował, żebym była świadkiem, że z rakiem też można żyć?” – pomyślała.

Na usunięcie odrośniętego guza miała iść w swoje urodziny. Uśmiała się ze zbieżności dat. Na dwa dni przed szpitalem poszła z mężem do kościoła. Był parafialny odpust i księża udzielali sakramentu chorych. W ławkach siedziały starsze osoby, prawie same kobiety. Po mszy podeszła do księdza. Namaścił jej olejem czoło i dłonie. Słyszała modlitwę: „Niech Pan w swoim nieskończonym miłosierdziu wspomoże ciebie łaską Ducha Świętego”. – Czułam, jakby przeszedł przeze mnie prąd – wspomina słowa kapłana. – Nagle wstąpił we mnie spokój.

Po wyjściu z kościoła mąż zabrał ją do kawiarni. Zamówiła sernik i gorącą czekoladę (zachowała na pamiątkę rachunek). Czuła się, jakby byli na beztroskich wakacjach. Nazajutrz pojechali do szpitala (był w innym mieście). Przed wyjściem z domu Irena zapakowała śmieci do foliowego worka i wystawiła przed bramą. Zachowywała się tak, jakby wyjeżdżała na długi weekend. Sama prowadziła samochód.

– Sakrament chorych jest dla mnie umocnieniem i daje mi taką… pewność siebie – Irena chwilę szuka właściwego słowa. – Nie obietnicę, że wszystko się uda, ale spokój, że jestem pod dobrą opieką – tłumaczy.

Spokój Ireny bierze się z poczucia, że będzie tak, jak ma być. – Tam, na górze, każdy ma swoją świeczkę, która będzie się palić tak długo, jak ma się palić – mówi. Wiara pomaga jej to zrozumieć.

Po ostatniej operacji miała chemię. Siadła psychicznie. – Po raz pierwszy w życiu chciałam skończyć z sobą – wyznaje. Modliła się, żeby starczyło jej sił. W Światowy Dzień Chorego (11 lutego) znowu przyjęła sakrament. Dziś chemia to wspomnienie. Czuje się dobrze.

Irena nigdy nie wyrzucała Panu Bogu, że doświadcza ją chorobami. Nie pytała: Dlaczego znowu ja? Jasne, że się modliła o ocalenie – przecież każdy chce żyć. Ale to było jakby na drugim miejscu, w tle. – Prosiłam raczej o to, żebym umiała się pogodzić ze wszystkim, co mnie spotka – mówi.

Czy nigdy się nie bała? Kiedyś tak. Gdy była młodsza i miała małe dzieci. – Bałam się, kto je wychowa, jeśli umrę.

Kilka lat temu Irena przeżyła największą osobistą tragedię. Jej najmłodszy syn targnął się na życie. Umierał kilkanaście godzin. Gdy leżał nieprzytomny w szpitalu, Irena zawołała księdza, żeby udzielił mu ostatniego namaszczenia. – Chciałam, żeby odszedł z tego świata z Bogiem. Inaczej nie mogłam mu już pomóc.

2.

Z Katechizmu Kościoła Katolickiego:

Namaszczenie chorych nie jest sakramentem przeznaczonym tylko dla tych, którzy znajdują się w ostatecznym niebezpieczeństwie utraty życia. Odpowiednia zatem pora na przyjęcie tego sakramentu jest już wówczas, gdy wiernym zaczyna grozić niebezpieczeństwo śmierci z powodu choroby lub starości.

– Kiedy nastąpił zgon? – zapytał kapłan
– Przed chwilą – odpowiedziała zapłakana, starsza kobieta. Po mieszkaniu krzątały się inne dorosłe osoby, najpewniej dzieci zmarłego mężczyzny.

Ksiądz obliczył, że od śmierci upłynęły co najmniej dwie godziny; ciało zmarłego było już ubrane w odświętny garnitur. Domownicy czekali na przyjazd firmy pogrzebowej.

– Szkoda, że do takiego spotkania nie mogło dojść za życia – odparł kapłan. Odmówił modlitwę za zmarłego i jego rodzinę. Wytłumaczył, że olejami namaścić zmarłego nie może. – Sakrament to dar, którego udzielamy żywym – powiedział najdelikatniej, jak umiał. Miał świadomość, że jakiekolwiek wyrzuty byłyby nie na miejscu. Zmarłego nie wskrzeszą, rodzinie mogą tylko przysporzyć bólu. W seminarium uczono go, że w obliczu śmierci trzeba zamilknąć.

Takie sytuacje księdzu Mateuszowi, proboszczowi dużej miejskiej parafii, przytrafiają się często. Ktoś długo leżał chory, latami nie był u spowiedzi, ale bliscy nie pomyśleli, żeby poprosić dla niego o sakrament namaszczenia. – Jakby się bali, że pojawienie się księdza ze świętymi olejami pogorszy tylko stan chorego i że on zaraz umrze – mówi. Dzwonią, gdy jest już po wszystkim. Ksiądz Mateusz przyznaje, że jest w takich chwilach bezradny.

Po co rodzina wzywa księdza do umarłego? – Może boją się, że ksiądz go nie pochowa. Albo chcą zagłuszyć własne sumienie, że jednak zawołali księdza – próbuje zgadywać ksiądz Mateusz.

Na początku każdego roku wylicza z ambony, ile w parafii w ostatnich dwunastu miesiącach było ślubów, chrztów i pogrzebów. Przy okazji tych ostatnich wygłasza krótki komentarz. Mówi, że sakrament chorych daje nadzieję w przeżywaniu choroby i że nie trzeba się go bać ani odkładać spotkania z kapłanem na ostatnią chwilę.

Powtarza te słowa co roku, a mimo to w parafii co czwarta osoba umiera bez sakramentów. – To nie są nagłe śmierci. Często chodzi o ludzi starszych, którzy długo chorowali – mówi ksiądz Mateusz.

Boli go to. – Przecież kapłan idący do chorego jest znakiem nadziei – powtarza. Dla niego, księdza, nie są to puste słowa. – Na szczęście przybywa tych, którzy to rozumieją – mówi.

Chora staruszka sama zadzwoniła z prośbą o sakrament. Zdawała sobie sprawę, że jej stan jest ciężki. Chciała jeszcze coś w życiu zrobić. Powiedziała, że swoje cierpienie ofiaruje w pewnej intencji. Chodziło o rozbite małżeństwo córki i zięcia. Byli mocno skłóceni i mieszkali oddzielnie. Raz do staruszki przychodziła córka, innym razem zięć. Kobieta chciała, żeby się pogodzili. Krótko potem zmarła. Ksiądz Mateusz wie, że jej córka i zięć znów ze sobą zamieszkali. Widuje ich czasem razem w kościele.

Maria, 31 lat, czworo małych dzieci, przyszła do niego w zimne, styczniowe przedpołudnie. – Mam raka – powiedziała. W oczach miała łzy. Widział, że jest bezradna i szuka u niego pomocy. Miał tego dnia kolędę. Maria na drugi dzień miała iść na oddział onkologiczny. Wiedział, że musi jej jakoś pomóc; po to do niego przyszła. Przed wyjściem na kolędę odprawił za nią mszę świętą. W kościele z Marią był mąż, dzieci i kilkoro przyjaciół (zastanawiał się, jak zdążyli się tak szybko zorganizować). Maria przyjęła sakrament chorych. Po kilku dniach zadzwoniła. – Nie mam raka – powiedziała. Okazało się, że pierwsza diagnoza była pomyłką.

– Dla mnie było to niesamowite doświadczenie – wspomina ksiądz Mateusz.
– Ta pomyłka lekarzy? – dopytuję.
– Wiara tych ludzi.

3.

Z Katechizmu Kościoła Katolickiego:

Nawet najbardziej intensywne modlitwy nie przynoszą jednak uzdrowienia wszystkich chorób.

Arleta wzięła jednodniową córeczkę na ręce, umoczyła gazik w wodzie, zrobiła krzyżyk na jej czółku i powiedziała: „Agato Mario, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”.

USG wykazało, że dziecko ma poważną wadę serca. Arleta nie chciała ryzykować. – Bałam się, że w każdej chwili może umrzeć – mówi. Cztery miesiące później odbyło się dopełnienie obrzędów chrztu w kościele. Ksiądz odmówił modlitwę za zdrowie Agatki.

Dziewczynka żyła jeszcze dwa lata. – Dokładnie dwa lata, dwa miesiące i dwa tygodnie. Same dwójki – mówi Arleta. W pamięci przechowuje każdy szczegół związany z córeczką. Nie rozstaje się z albumem, w którym są jej zdjęcia, do dziś trzyma w domu jej rzeczy.

Widziała niejedną śmierć dziecka. Jest położną na Oddziale Intensywnej Opieki Noworodka. Trafiają tam niemowlęta w ciężkim stanie. Czasem w tygodniu umiera kilkoro. Pielęgniarki sugerują delikatnie rodzicom, że można ochrzcić dziecko w szpitalu. Że może to zrobić ksiądz, one same albo rodzice. Prawie wszyscy się decydują.

Arleta ma poczucie, że niektórzy traktują ten chrzest jak ostatnią deskę ratunku. – Że teraz Pan Bóg spojrzy na nich łaskawiej i ocali ich dziecko. Że zaplusują w ten sposób u Boga – mówi. Wie, że często łudzą się nadaremnie, bo noworodek nie ma szans na przeżycie.

Czasami rodzice nie mają złudzeń. Matka urodzonej w Wigilię dziewczynki od początku wiedziała, że córeczka umrze. Poprosiła księdza, żeby ją ochrzcił. – Ta kobieta traktowała ów chrzest jak ostatnie namaszczenie – mówi Arleta.

Bywa, że rodzice nie chcą księdza ani chrztu. – Bo nie dopuszczają do siebie myśli, że ich dziecku może się coś stać. Wypierają sytuację choroby. Arleta ma przed oczami kobietę, której nikt nie robił nadziei. A ona wciąż dopytywała, kiedy będzie mogła karmić piersią swoją Julię.

Przed każdą operacją Agatki (były trzy) zamawiała mszę w kościele za zdrowie córki. Ksiądz powiedział jej kiedyś, że to wystarczy. Że sakramentu chorych udziela się dzieciom, które rozumieją jego sens. Agatka była za mała, żeby cokolwiek rozumieć.

– Dbałam o duchową opiekę nad nią tak samo, jak o nowe rzeczy i zabawki, które jej kupowałam – opowiada. Nad łóżeczkiem córki wisiał zawsze obrazek Matki Bożej z Dzieciątkiem i kwiatem róży w dłoni. Obrazek był ze Świętej Góry. – Agatka była tak omodlona, że nawet ksiądz nie był jej potrzebny przy śmierci – uważa Arleta. – Wierzę, że przez te modlitwy jest bliżej Boga i nie jest jej smutno – szklą jej się oczy.

Żałuje tylko jednego. Że tamtej nocy, kiedy Agatka umarła, nie zostawiła przy jej łóżeczku obrazka Matki Bożej z Dzieciątkiem i różą. Zostawiła go w hotelu. – Może, gdyby…

Agatka często jej się śni. Nigdy nie płacze. Śni się jej, jakby była zdrowa. – Wierzę, że tam, gdzie teraz jest, nie ma wady serca – mówi Arleta.

4.

Z Katechizmu Kościoła Katolickiego:

Wierni powinni zachęcać chorych do wezwania kapłana i przyjęcia tego sakramentu.

– Pani Zosiu, ja tam kościelna nie jestem, ale jakbym się miała przekręcić, to bym księdza przyjęła – odezwała się jedna z kobiet (lubiła mówić dosadnie). Za kilka dni miała wyjść do domu i uważała, że kapłan jest jej na razie zbyteczny.

Pani Zofia nie miała takiej nadziei. Ale kiedy ksiądz wchodził do szpitalnej sali, naciągała kołdrę na głowę. – To stary numer tych, którzy unikają kapłana – ksiądz Jakub siedem lat był kapelanem dużego szpitala. Zna na wylot różne reakcje chorych na widok kapłańskiej sutanny. Jedni się uśmiechają i czekają ze złożonymi rękami, aż do nich podejdzie, inni udają, że księdza nie widzą, a jeszcze inni nakrywają się kołdrą, że niby śpią.

Z panią Zofią ksiądz Jakub niewiele mógł wskórać. Nie chciała rozmawiać. Wciąż przychodziły do niego pielęgniarki i mówiły, że jej stan jest ciężki i żeby coś zrobił. Próbował rozmawiać z córką Zofii. – Niech mamusia zdecyduje sama – odpowiedziała. Czuł się bezradny.

Przekonała ją dopiero leżąca na sąsiednim łóżku kobieta (ta, która niedługo miała wyjść do domu i uważała, że nie potrzebuje na razie księdza). Pani Zofia wyspowiadała się. Ksiądz Jakub dał jej Komunię i udzielił namaszczenia chorych. Godzinę później zmarła.

– Sakrament chorych to taki bilet na pociąg do nieba – powtarzał ksiądz Jakub pacjentom. – Nie wiemy, kiedy pociąg nadjedzie. Dlatego warto ten bilet mieć w kieszeni.

Nie wszystkich udawało mu się przekonać. Uważa, że w takich sytuacjach ważna jest postawa innych ludzi: rodziny, przyjaciół, znajomych. – Oni potrafią czasem lepiej niż kapłan przekonać chorego, że już czas na księdza – mówi.

Dwa wspomnienia ze szpitala chodzą za nim. Pierwsze dotyczy młodego mężczyzny. Przywieziono go w nocy po ciężkim wypadku samochodowym. Był nieprzytomny. Lekarze nie dawali mu szans. Ksiądz Jakub udzielił mu ostatniego namaszczenia.

Nie lubi takich sytuacji. Nazywa je „awaryjnymi”. Ale udziela sakramentu. – Jeżeli mam przesłanki, że to ktoś wierzący, to przecież mogę zaprosić Pana Jezusa w jego imieniu – tłumaczy. Resztę zostawia Panu Bogu.

Ksiądz Jakub często stawał przy jego łóżku i się modlił. Przychodził na prośbę dwóch kobiet: jego żony i matki. Zauważył, że nie lubiły narzucać się Bogu. Jednak teraz zaczęły się gorliwie modlić o uzdrowienie bliskiej osoby. Mijały dni, a on nie odzyskiwał przytomności. Już chyba tylko one dwie wierzyły, że wyjdzie z tego. – Bałem się z nimi rozmawiać, bo miały tyle nadziei – opowiada ksiądz Jakub. W końcu nieprzytomnego przewieziono do innej kliniki.

Kilka miesięcy później przed kapelanem stanął elegancko ubrany młody człowiek. Był nim tamten mężczyzna po ciężkim wypadku. Wracał do zdrowia. Ksiądz Jakub nie poznał go (szpitalne łóżko zmienia wygląd). Młodzieniec dziękował za pomoc w powrocie do wiary. Przyznał się, że przed wypadkiem nie był zbyt blisko Pana Boga.

– Pamiętam księdza głos – powiedział.
– Przecież pan był nieprzytomny – ksiądz Jakub próbował wyprowadzić go z błędu.
– Ale słyszałem, jak ksiądz się nade mną modlił. To był ten sam głos – mężczyzna nie dawał za wygraną. W podziękowaniu podarował szpitalnej kaplicy patenę.

Ksiądz Jakub do dziś nie wie, co o tym myśleć. Wie jedno: – Że był to podwójny cud, uzdrowienia i powrotu do wiary.

Drugie wspomnienie jest smutne. Był Wielki Piątek. Zostali tylko najciężej chorzy. Ksiądz Jakub podchodził do nich i podawał do ucałowania krzyż. Jedni płakali i nie potrafili wydobyć słowa. Inni mówili, że łączą swoje cierpienie z męką Chrystusa.

Starszy, inteligentny i kulturalny mężczyzna nie ucałował krzyża. Mówił, że jest niewierzący. Wiedział, że umiera. – Widziałem w jego oczach ból i straszną pustkę, bo na nic już nie czekał – opowiada ksiądz Jakub – Dla tego człowieka cierpienie i umieranie były pozbawione sensu. Odchodził w nicość.

Księdzu Jakubowi do dziś jest go strasznie żal.

5.

Z Katechizmu Kościoła Katolickiego:

Choroba może prowadzić do niepokoju, do zamknięcia się w sobie, czasem nawet do rozpaczy i buntu przeciw Bogu, ale może także być drogą do większej dojrzałości, może pomóc lepiej rozeznać w swoim życiu to, co nieistotne, aby zwrócić się ku temu, co istotne. Bardzo często choroba pobudza do szukania Boga i powrotu do Niego.

Z fotografii uśmiecha się mężczyzna z bujnymi, czarnymi włosami, w szortach i białym Tshircie. To ostatnie wakacje Andrzeja. Był z rodziną w Górach Sowich. Jeździli na rowerach. Andrzej był najszybszy z wszystkich, bawił się przy ognisku, wymyślał piesze wędrówki. Dwa tygodnie później zachorował. Po dwóch miesiącach zmarł. Miał 43 lata.

Odszedł w zimny, deszczowy, listopadowy dzień. Ale Ewa, żona Andrzeja, nie wie, czy na dworze było wtedy ładnie czy pochmurno. Nie wyglądała za okno. – Dla mnie to nie był żaden dzień – mówi. Minęło trzy i pół roku, a Ewa wciąż nie potrafi się pogodzić z odejściem męża.

Od początku wiedziała, że umrze. Guz wielkości połowy szklanki był bardzo złośliwy i nie do usunięcia. Ewa miała tylko jedno pragnienie: chciała, żeby przed śmiercią Andrzej pojednał się z Bogiem i przyjął sakramenty. Byli małżeństwem prawie osiemnaście lat. U spowiedzi Andrzej był ostatni raz przed ślubem. Potem rozgniewał się o coś na księdza. Chciał się wypisać z Kościoła.

Gdy umierał, Ewa zaczęła się o niego bać. – Byłam przerażona, że odejdzie w nicość – opowiada. Próbowała z nim rozmawiać. Na próżno. – Był zbyt honorowy, żeby poprosić o księdza – Ewa przypomina sobie tamte koszmarne dni.

Straciła już nadzieję, gdy znajoma zobaczyła przypadkiem w telewizji Irenę (tę, która kilka razy czekała na śmierć). Znały się kiedyś. Teraz Irena opowiadała o wierze, która pomaga jej zmagać się z chorobą. Znajoma zadzwoniła do niej. Zapytała, czy spotka się z Andrzejem. Zgodziła się.

Irena wiedziała, że dla Andrzeja nie ma już ratunku. Nie chciała go okłamywać, że Bóg go cudownie uzdrowi. – Mówiłam mu o nadziei, jaką daje wiara, gdy człowiek staje w obliczu śmierci – Irena dobrze pamięta tamtą rozmowę. Trwała kilka godzin. Na koniec Andrzej poprosił o księdza. Kilkanaście dni później umarł. Irena wierzy, że miał lżejszą śmierć. Ewa stara się tak o tym nie myśleć. – Wiem, że nam było lepiej – mówi. – To była jedyna dobra rzecz, jaka się w tym koszmarze zdarzyła.

Pamięta, że kiedy Andrzej poprosił o księdza, pobiegła do kościoła. Bała się, że mąż straci przytomność albo się rozmyśli. Wyspowiadał się, przyjął komunię i sakrament chorych. Potem codziennie się modlił. Ksiądz był przy jego śmierci, gdy Andrzej odchodził w nieświadomości. – Byliśmy szczęśliwi, że tak się to odbyło – opowiada Ewa. – Andrzej nie zasłużył na to, żeby umierać bez Boga.

Nie od razu zgodziła się na rozmowę. Czemu w końcu uległa prośbie? – Żeby powiedzieć ludziom, że umieranie bez Boga musi być straszne – mówi Ewa.

Tylko sama nie potrafi się z Nim pogodzić. Ma żal do Pana Boga. Bo odebrał jej najbardziej kochanego człowieka. Planowali tyle rzeczy. – I nagle wszystko w połowie drogi zostało przerwane.

Słyszała, że podobno w każdej, nawet największej tragedii, jest jakiś sens. – Ja tego nie rozumiem – mówi. – Jeżeli tak jest, to Pan Bóg kiepsko to sobie obmyślił.

Bilet do nieba
Stanisław Zasada

urodzony w 1961 r. – dziennikarz, reporter, absolwent polonistyki na UMK w Toruniu oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje m.in. z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Gazetą Wyborczą”. ...