Jak szczepionka

Jak szczepionka

, 0 recenzji

Chrzest jest czymś naturalnym, jest częścią procesu przychodzenia dziecka na świat. Nikt nie pyta o sam chrzest, pyta się, kiedy i kto będzie chrzestnym. Jeśli istnieje jakiś dowód na katolickość Polaków, to właśnie powszechność i oczywistość tego doświadczenia.

W sobotnie popołudnie, w niedzielę albo w Noc Zmartwychwstania, podczas zbiorowej mszy albo indywidualnie w kaplicy – prawie każdy niemowlak w Polsce przynoszony jest do kościoła po to, aby go ochrzcić. Powszechniejszym doświadczeniem dziecka jest chyba tylko szczepienie. Tak, jak oczywiste jest zaszczepienie dziecka na wszelkie możliwe choroby, tak samo oczywiste dla przytłaczającej większości Polaków jest ochrzczenie dziecka. Dlaczego szczepi się dzieci? Żeby nie chorowały. A dlaczego się je chrzci?

Oczywista oczywistość

Mądre dokumenty nauczają, że chrzest to wejście do wspólnoty wierzących, brama kolejnych sakramentów oraz wszczepienie w Chrystusa. Podczas nauk dla rodziców i chrzestnych księża próbują przekładać uczone formuły na język zrozumiały dla każdego. Każdego, to znaczy dla Jacka, który prócz coniedzielnej mszy uczestniczy także w corocznych rekolekcjach wyjazdowych, dla Asi, która właśnie jest w ostatniej klasie zawodówki i z trudem zaliczyła bierzmowanie, oraz dla Mariusza, który ostatnio był w kościele podczas swojego ślubu. Dla nich wszystkich chrzest dziecka jest oczywistą oczywistością. Jacek mówi o zamiarze wychowania dziecka w doktrynie katolickiej. Jego żona o miłości Chrystusa. Asia wie, że dzieci się zanosi do chrztu, a Mariusz nie chce robić przykrości teściom.

Chrzest jest czymś naturalnym, jest częścią procesu przychodzenia dziecka na świat. Nikt nie pyta o sam chrzest, pyta się, kiedy i kto będzie chrzestnym. Jeśli istnieje jakiś dowód na katolickość Polaków, to właśnie powszechność i oczywistość tego doświadczenia. Można odnieść wrażenie, że bez niego przyjście dziecka na świat nie jest pełne. Antropolodzy kultury będą więc mówili o potrzebie doświadczenia inicjacyjnego albo przedstawienia nowego członka społeczności czy wspólnoty. Rozumieli tę potrzebę także komuniści, gdy w latach PRLu, walcząc o laickość państwa i narodu, propagowali świecki obrzęd nadania imienia. Uroczystość ta nie zastąpiła jednak nigdy chrztu. Mimo że dzisiaj zdarzają się rodzice i chrzestni, którzy podczas mszy chrzcielnej czują się nieswojo, nie u siebie, powszechność chrztu dzieci jest intrygującym dowodem na przeoranie przez tysiąc lat dusz Polaków przez chrześcijaństwo. Bo czy można – i trzeba – zrozumieć tajemnicę, aby chcieć w niej uczestniczyć?

Zanurzenie w Chrystusie Paschalnym

Kasia i Paweł z punktu widzenia bliskich posunęli się jednak za daleko. Wiadomo, że chrzest jest ważny, że już dawno zarzucono zwyczaj jak najszybszego chrztu dzieci, ale czekać prawie rok? Tylko po to, aby dziecko zostało zanurzone w wodzie, a nie tylko nią polane? Na dodatek liturgia trwa całą noc, więc to obciążenie dla dziecka, dziadków, chrzestnych. Kto to widział, aby tak wymyślać. Na dodatek na początku dzieci były chrzczone nie w kaplicy albo kościele, ale w miejscach publicznych, specjalnie wynajętych na czas liturgii. Jednak i młodzi mieli swoje argumenty – w końcu liturgia paschalna to najważniejszy moment w ciągu roku, a chrzest podczas Nocy Zmartwychwstania to integralna jej część. Poza tym taka jest tradycja, i to ta najwcześniejsza, gdy chrzczono dorosłych katechumenów. Ponieważ dzieci urodziło się kilkoro, a im samym – jak mówią – udało się ochrzcić wszystkie podczas liturgii we wspólnocie neokatechumenalnej, więc dziadkowie zaczęli się powoli przekonywać. Dzieci się nie rozchorowały, liturgia – może także dzięki swojemu rozbudowaniu – okazała się jednak przeżyciem religijnym i duchowym, więc po wielokrotnym sprawdzeniu można ten zwyczaj zaakceptować. Dla części znajomych nadal jest to jednak powód do dyskusji – bo jeśli są tacy zaangażowani, to dlaczego nie chcą jak najszybciej włączyć dziecka we wspólnotę i zmazać skutków grzechu pierworodnego? A poza tym dlaczego chrzest musi się odbywać poza parafią, wewnątrz wspólnoty – niektórym kojarzącej się z sektą?

Dla Pawła decyzja o chrzcie dzieci podczas liturgii paschalnej była łatwiejsza, bo jeszcze w latach 80. w swojej parafii jako ministrant widział taką praktykę. Co prawda proboszcz wiejskiej, podpoznańskiej parafii nie wymagał od rodziców czekania na ten jeden moment w roku, ale dzieci, które przyszły na świat przed Wielkanocą, chrzcił właśnie wtedy. Żona Pawła może pamiętać chrzty osób dorosłych w swojej parafii, które także odbywały się podczas tej najważniejszej Nocy. Jej ówczesny proboszcz także odnawiał liturgię, dostosowując ją do zaleceń II soboru watykańskiego, i chrztem dorosłych przypominał tradycję pierwszych wieków.

Kasia i Paweł doceniają, że sposób, w jaki są chrzczone ich dzieci, nie jest czysto symboliczny, ale maksymalnie zbliżony do słów liturgii – zamiast polania wodą głowy dziecka, następuje zanurzenie – nie tyle w wodzie, ile w Chrystusie. Czy ma to znaczenie dla niemowlaków, doświadczających innego niż większość ich rówieśników chrztu – to się okaże w ich życiu, jest to jednak bardzo wyraziste przypomnienie dla uczestniczących w uroczystości dorosłych katolików znaczenia tego obrzędu.

Chrzest bez wiary

Czy chrzest jest realny, czy tylko symboliczny? Magda i Krzysztof sami nie wiedzą. Nie wzięli ślubu kościelnego, bo w zasadzie nie wierzą, choć oboje mają za sobą młodzieńcze epizody zaangażowania religijnego. Krzysztof nieco dłuższe i intensywniejsze, Magda krótkie, bo szybko się przekonała, że dziadkowie, pod których wpływem została ochrzczona, są hipokrytami. Na dodatek praktyki religijne nic nie dały nastolatce, którą wówczas była. Gdy urodził się ich synek, nie zamierzali go ochrzcić, bo nie widzieli sensu. Po kilku latach zorganizowali jednak huczne chrzciny. Zmienili decyzję pod wpływem zaprzyjaźnionego księdza, którego cenią za szerokość zainteresowań, otwartość i nieksiężowskość, a także pod wpływem przyjaciół, którzy martwili się, że ten ważny element uspołecznienia omija chłopca. Będą mieli kłopot z wytłumaczeniem mu sensu ceremonii, w której uczestniczył, bo sami nie do końca wiedzą, co ona oznaczała. Obowiązek przyjaciół został za to wypełniony – chrzest stał się faktem.

Najczęściej osobami, które wpływają na niechętnych sakramentowi rodziców, są dziadkowie. Dlaczego należy ochrzcić dziecko? Bo to część tradycji, odpowiadają, jeśli ktoś zada im takie pytanie. – Po prostu nie wyobrażam sobie, żeby nie było chrztu, choć wiem, że nie do końca zadbałam o religijne wychowanie dzieci – mówi bliska emerytury dziennikarka. Ale tradycji należy przestrzegać, jesteśmy przecież katolikami.

O strachu, że dziecko nie zostanie zbawione, mówią praktykujący rodzice Marty. Ich córka nie ma ślubu kościelnego, choć wychowana została w religijnym domu, a jej mąż regularnie chodził jako chłopak na piesze pielgrzymki. Marta jednak odmówiła udziału w praktykach religijnych. Zatroskani dziadkowie wywalczyli chrzest wnuczek – przekonali księdza, który nie odmówił sakramentu, mimo jawnej niechęci matki.

Może potem łaska zadziała?

Chrzest jest jak szczepionka – należy się każdemu. Dlatego zwłaszcza słabiej praktykujący nie rozumieją barier, które przed ich dziećmi stawiają czasami księża. To znaczy, w zasadzie stawiają wszyscy, ale niektórzy bardziej stanowczo je egzekwują. Ślub kościelny rodziców, rodzice chrzestni praktykujący i nierozwiedzeni, spowiedź przed chrztem… Czasem można coś wynegocjować, przekonać księdza, który dochodzi do wniosku, że może warto kosztem sztywnych zasad otworzyć drzwi do Kościoła dziecku i pozostawić dobre wspomnienia w rodzicach. Zdarzają się także księża, najczęściej funkcjonujący na marginesie struktury parafialnej, którzy potrafią dopatrzeć się powodów do udzielenia chrztu nawet tam, gdzie pozornie ich brakuje. A może potem łaska zadziała?… Tak przynajmniej wierzą księża liberałowie. Z drugiej strony są rygoryści, których przed literalnym stosowaniem prawa powstrzymuje biskup. Tak się zdarzyło w 2003 roku w Poznaniu, gdy specjalną instrukcją abp Stanisław Gądecki przypomniał warunki udzielania pierwszego sakramentu.

Była to wówczas reakcja na narastający problem odmów – przynajmniej tak nazywali to rodzice – udzielania chrztu dzieciom z domów mało albo wcale niepraktykujących. Instrukcja zakazuje wymuszania ślubu kościelnego przed chrztem – bo taki przymus to przeszkoda do ważnego zawarcia małżeństwa – oraz daje kapłanom prawo do żądania od rodziców czy chrzestnych zobowiązania do wychowania katolickiego dzieci. Instrukcja, porządkując zasady, została medialnie zinterpretowana jako zakaz odmowy udzielenia chrztu. Przerzuciła także odpowiedzialność za podejmowanie decyzji w sprawach trudnych i zawikłanych na duszpasterzy, w gruncie rzeczy łagodząc twarde zasady prawa. II Polski Synod Plenarny, który pracował przez całe niemal lata 90. ubiegłego wieku, dostrzegł narastające problemy związane z brakiem zrozumienia sakramentu. Poza zwróceniem uwagi księżom, że powinni „przestrzegać norm sprawowania liturgii chrztu i zaleceń Episkopatu Polski”, nie zaproponował innych sposobów na podtrzymanie sensu i powagi chrzcin. Język powinności, zobowiązań i zasad to zresztą częsta forma ucieczki dokumentów i pasterzy przed realiami, w których trudno jest badać stopień faktycznej wiary rodziców, koniecznej do zgody na chrzest dziecka.

Dziecku się należy

Do chrztu prócz dziecka i rodziców potrzebni są rodzice chrzestni. W Polsce to zaszczyt i wyróżnienie oraz… obowiązek finansowy. Dlatego rodzice chrzestni kilkorga dzieci słyszą życzliwą uwagę na temat kosztów, jakie pociągnie za sobą taka gromadka. Chrzestni typowani są z grona najbliższych – rodziny albo przyjaciół. Ania i Darek dołączyli jeszcze jeden wyróżnik – szukali praktykujących katolików. – Chodziło o to, by byli oni wzorami dla dzieci, a dzisiaj bywa, że są wsparciem w wierze także dla nas – przyznaje Ania i dodaje: – Mieliśmy szczęście, bo mamy nienormalnych znajomych – z praktykującymi nie było problemu, rozwodów wśród nich nie ma.

Mieszkający w niewielkiej miejscowości inteligenci deklarują, że ochrzcili dzieci, bo tak żyją, wierzą i chcą, żeby dzieci były tak wychowane. Nie są zaangażowani w żaden ruch kościelny, nie są także działaczami parafialnymi.

Są rodziny, w których religijność przyszłych chrzestnych ma znaczenie – to ci, którzy praktykują w miarę regularnie. Problem pojawia się w wypadku rodzin, które kościół odwiedzają z okazji ślubu, pogrzebu i chrzcin oraz świąt. Przychodzą po coś, co się dziecku należy, i dlatego, gdy ksiądz stawia warunki, zaczynają się buntować albo przygotowani na wymagania, omijają je, nie dopowiadając szczegółów.

Żeby dziecko nie było inne

Traktowanie chrztu jako czegoś oczywistego, czegoś, co się dziecku i jego rodzicom należy, powoduje, że najbardziej świadomie podchodzą do niego dwie grupy. Pierwsza to ci, którzy obdarzeni głęboką wiarą, starają się zrozumieć, czym jest chrzest. Są także ci, którzy rezygnują z ochrzczenia własnego dziecka. To oni doceniają powagę decyzji o chrzcie, nie podejmują jej dla babci, krewnych czy otoczenia, nie są wierzący, więc nie deklarują, że będą dziecko wychowywać w wierze. Często w polskich warunkach są to ludzie, którzy pochodzą z formalnie katolickich domów. Niektórzy mieli doświadczenia religijne jako nastolatkowie, ale nie odnalazłszy w nich siebie, nie chcą wprowadzać w nie swojego dziecka. Życie stawia czasami takich rodziców w trudnej sytuacji, bo nawet gdy przetrwali rodzinne naciski, okazuje się, że dla kilkuletniego dziecka zaczyna to być ważne. To ono chce chodzić na religię, bo w przedszkolu była fajna katechetka, a w szkole zaczynają się przygotowania do pierwszej komunii. Dziecko nie chce się odróżniać. Czy rzeczywiście odnalazło wiarę? Tego nie udało się ustalić Andrzejowi i Magdzie, którzy nie mając wiary, nie chcieli chrzcić dziecka, ale ustąpili swojej sześcioletniej córce. Dziś, po dwóch latach żałują swojej niekonsekwencji, i młodsza, kilkuletnia, zapewne nie zostanie zaprowadzona do chrztu.

Innym wyborem jest chrzest dzieci w rodzinach niewierzących, gdy rodzice chcą, aby dziecko, gdy dorośnie, wybrało swoją drogę. Przypomina to tratowanie religii jako jednego z kółek zainteresowań – parę godzin muzyki, trochę jazdy konnej i różaniec w ramach przygotowań do pierwszej komunii. Część rodziców nie chce, aby ich dziecko było inne i czuło się gorsze, więc z troski zapewniają mu chrzest, powszechny jak święcenie potraw na Wielkanoc i opłatek na Boże Narodzenie.

Chrzest ma dać zbawienie

Z chrztem jest podobnie jak ze szczepionką z jeszcze jednego powodu. Tak jak niewielu lekarzy ostrzega przed skutkami ubocznymi szczepienia dzieci, tak samo niewielu księży odradza chrzest, który jest włączeniem nie tylko w życie Kościoła, ale także rozpoczyna – teoretycznie – drogę stawania się Chrystusem, a to oznacza także zgodę na drogę krzyżową w życiu dziecka. Wszystko odbywa się przy milczących założeniach – wy rozumiecie, o co prosicie, bo jesteście przecież chrześcijanami, my nie sprawdzamy, czy wasza wiara jest prawdziwa, bo gdyby okazało się, że nie, to skomplikujemy życie sobie i wam. Sobór watykański II uprościł obrzędy chrztu (choć we wspólnotach posługujących się tradycyjną liturgią nastąpiło przywrócenie starego rytu tego sakramentu), ale także podkreślił konieczność katechumenatu pochrzcielnego. W Kościele w Polsce narasta świadomość, że ów katechumenat realizowany przede wszystkim dla dzieci i młodzieży nie spełnia swojego zadania. Kilka lat temu pytanie, co z tym chrztem – jakie i gdzie są jego konsekwencje – zadawał bp siedlecki Zbigniew Kiernikowski, zaangażowany w Drogę Neokatechumenalną. Zdaniem biskupa, zbyt mało jest refleksji, czym jest chrześcijaństwo i chrzest, brakuje świadomości sensu tego sakramentu.

Jest za to wiara w jego działanie – nazywane działaniem łaski – czasem sprawiająca wrażenie, że owa łaska ma po prostu załatwić sprawę przekazania wiary, wyręczając w tym osoby za to odpowiedzialne. Chrzest ma dać zbawienie, tak jak szczepionka ma dać zdrowie. Tylko co to jest to zbawienie?

Jak szczepionka
Anna Gruszecka

absolwentka historii UAM, dziennikarka Radia Merkury (Poznań), wielbicielka Katalonii. Mieszka w Poznaniu....