Opuściłem chwilowo klasztor nad Newą, zamieniając go na klasztor nad Wisłą w Krakowie, gdzie w początkach lutego, kiedy piszę te słowa, trwa nasza kapituła prowincjalna. Tak nazywamy zgromadzenie przełożonych i delegatów braci, które co cztery lata wybiera prowincjała i obraduje nad życiem i zadaniami dominikanów w Polsce.
Serdeczne spotkania z braćmi, których nie spotykam zbyt często, a może życie w murach krakowskiego klasztoru, mojej alma mater, sprawiły, że wróciły do mnie moje własne słowa sprzed dziewięciu lat. Zostałem wtedy poproszony przez braci z klasztoru na Służewie o wygłoszenie kazania na zakończenie jubileuszowego roku osiemsetlecia naszego zakonu. Na krótko przedtem czytałem doniesienia z konferencji prasowej w Rzymie, która odbyła się z tej samej okazji. Media skupiły się na jednym elemencie: w swoim wystąpieniu ówczesny generał dominikanów brat Bruno Cadoré zaznaczył, że wobec zmniejszającej się liczby braci będzie przeznaczał opustoszałe dominikańskie klasztory na cele dobroczynne i zadeklarował przekazanie jednego z naszych włoskich klasztorów organizacji pomagającej uchodźcom. Smutno mi się zrobiło, że w finale naszego jubileuszu najdonośniej wydawała się wybrzmiewać wiadomość o pustych klasztorach. W kazaniu mówiłem: „To nieistotne, ilu nas będzie, ilu nas jest
Zostało Ci jeszcze 75% artykułu
Oceń