Iz 60,1–6 / Ps 72 / Ef 3,2–3a.5–6 / Mt 2,1–12
[6 stycznia 2026 / Uroczystość Objawienia Pańskiego]
W tej historii było ich trzech.
Wędrowcy potrzebujący gościny. Zmęczeni drogą, głodni, spieczeni żarem. Autor zapisze, że wędrowali w najgorętszej porze dnia, czyli w momencie najmniej odpowiednim. Gdy ich zobaczył, od razu zaprosił do siebie i zaoferował, co miał. Ale to goście, odchodząc, złożyli swój dar, który był odpowiedzią na pragnienie Abrahama: obiecali mu potomka. Może powinienem napisać „obiecał”, bo to przecież sam Bóg przyszedł do Abrahama, co pięknie przedstawia Rublow na swojej słynnej ikonie.
Bóg błądzi po pustkowiach, szuka człowieka, by go spotkać, by być przez niego zaproszonym, by z nim rozmawiać, by w końcu go obdarować. Podobnie się dzieje w historii czytanej w dzisiejszej Ewangelii. Paradoksalnie ona również opowiada o Bogu, który w poszukiwaniu człowieka wychodzi bardzo daleko, zatrzymując się „o krok od nicości, tak blisko naszych oczu”.
Znów Bóg nie jest „u siebie”, znów jest wędrowcem, znów jest głodny i potrzebuje człowieka, by się Nim zaopiekował. Kolejny raz ten potrzebujący, szukający Bóg okazuje się tym, który obdarowuje, bo chociaż mędrcy złożyli dary, to jednak Jezus jest dla nich odnalezionym skarbem, upragnionym celem, wyczekiwanym królem. Skarbem „dla nas”, bo przecież owi mędrcy reprezentują tam wszystkich.
Idą za gwiazdą, ale przecież to On ją stworzył. Nie rodzi się w pałacu, żeby nie być odrzuconym przez jakąś opcję polityczną. Nie przychodzi na świat w świątyni, by mogli Go odnaleźć również poganie. Nie w bogactwie, by mieli do Niego dostęp również ubodzy. Przychodzi bezbronny, żebyśmy mieli odwagę Go przyjąć.
Miał rację francuski jezuita Henri de Lubac, gdy pisał, że chrześcijaństwo jest religią paradoksów. Jeden z nich polega na tym, że całe życie będziemy poszukiwać Boga, a gdy w końcu Go spotkamy, zrozumiemy, że tak naprawdę On całe życie wychodził ku nam, powtarzając nieustannie wypowiedziane niegdyś w raju tęskne „Gdzie jesteś?”.
Oceń