Sekty z innego punktu widzenia

Sekty z innego punktu widzenia

Nie gwoli taniego efektu, ale gwoli obiektywizmu podejmuję się rzeczy karkołomnej – zamierzam wystąpić w niewdzięcznej roli „advocatus diaboli”. Zamierzam bronić sekt.

Czy na temat sekt można napisać jeszcze cokolwiek nowego? Wylano już wszak hektolitry atramentu głównie, choć nie tylko, w prasie katolickiej. Dziesiątki alarmujących ostrzeżeń, świadectw „ku zbudowaniu”, informacji przekształcającej się często w tanią apologetykę. Zachęcony lutowym numerem miesięcznika „W drodze”, podejmę próbę nieco innego spojrzenia. Naturalnie nie będzie to ujęcie całkowicie nowe, ale mam nadzieję, że w porównaniu ze wspomnianymi wyżej podejściami do tematu poniższe spojrzenie wyda się przynajmniej relatywnie nowe. Zaznaczam, że nie jestem członkiem żadnego ruchu religijnego, nie jestem przez żaden sponsorowany. Nie gwoli taniego efektu, ale gwoli obiektywizmu podejmuję się rzeczy karkołomnej — zamierzam wystąpić w niewdzięcznej roli advocatus diaboli. Zamierzam bronić sekt.

W tym celu sięgnę po narzędzia własnej dyscypliny — proponuję czytelnikowi spojrzeć na zjawisko sekt z punktu widzenia socjologii religii. Nie pojmuję socjologii religii jako wąsko empirycznej dziedziny ustalającej statystyki czyichś poglądów (a ściślej czyichś deklarowanych poglądów) na temat religii, choć i ta perspektywa zmusza do przyjęcia pewnego dystansu do zjawiska sekt. Przypomnijmy, że jeszcze w 1997 roku 96% Polaków deklarowało swą przynależność do Kościoła katolickiego, co choć nie mówi nam wiele na temat tej przynależności, to pozwala wnioskować, że 96% Polaków nie należało do sekt. Pozostałe wyznania nie osiągnęły poziomu 1% (najliczniejsi byli Świadkowie Jehowy 0,6%). Wiadomo, że zarejestrowanych jest ponad 147 związków wyznaniowych, a rzeczywista liczba sekt jest prawdopodobnie przynajmniej dwukrotnie większa. Ile z nich pojawia się w prasowych alarmach? Czy ktoś mógłby wyliczyć więcej niż 20, góra 50? Wynika z tego dla nas pierwsze ostrzeżenie, aby oceniając interesujące nas zjawisko, nie zniekształcać sobie perspektywy, nadmiernie skupiając się na jaskrawej patologii.

Sekta to nie Kościół

Posługuję się terminem sekta, mimo iż wielu religioznawców i socjologów religii woli używać terminów typu „nowe ruchy religijne” etc., aby nikogo nie urazić. Chcąc wykazać, że z owym kontrowersyjnym terminem nie wiążą się dla mnie żadne pejoratywne treści, przystąpię do przedstawienia w sposób zwięzły znaczenia, jakie klasyczna (Max Weber, Ernst Troeltsch) i neoklasyczna socjologia mu nadaje.

Otóż jedną z zasadniczych cech, które, zdaniem Webera, odróżniają sektę od Kościoła (a są to u niego pojęcia przeciwstawne), jest ich stosunek do świata. Naturalnie nie mówimy tutaj o konkretnych przypadkach historycznych, ale o pojęciach, „typach idealnych”, jak to określał Weber.

Generalnie możemy powiedzieć, że stosunek Kościoła do świata jest akceptujący, wykazuje gotowość do kompromisu. Wynika to z tego, że stawia sobie za cel ogarnięcie swoim wpływem możliwie szerokich kręgów społecznych. Kościół pragnie mieć w społeczeństwie wpływ i znaczenie, nie gardzi przy tym władzą. Za takie otwarte nastawienie musi jednak płacić osłabieniem skuteczności socjalizacji. Jego wpływ jest zatem bardziej ekstensywny niż intensywny. Po drugie otwartość na świat, pragnienie przekształcania go pociąga za sobą osłabienie własnych ideałów Kościoła.

Sekta przeciwnie, charakteryzuje się raczej negatywnym stosunkiem do świata. W zależności od konkretnych rozwiązań teologicznych sekty może on być albo odrzucający, albo rezygnujący, negujący lub zwalczający. W każdym razie wyklucza możliwość kompromisu z tym światem, wszelki pomysł sojuszu ołtarza z tronem napawa sektę obrzydzeniem. Co więcej, członkom sekty wcale nie zależy na tym, aby wszyscy do niej wstąpili. Pomimo intensywnych nieraz działań apostolskich byliby poważnie zmartwieni, gdyby okazało się nagle, że stanowią większość danego narodu. We własnym bowiem przekonaniu sekta stanowi grono wybranych, a jak wiadomo, poza wybranymi muszą być także odrzuceni. Sekty obstają zatem przy wierności ideałom, płacąc za to marginalizacją, stosunkowo niewielkim znaczeniem społecznym każdej pojedynczej sekty.

Spójrzmy jeszcze krótko na ten problem z punktu widzenia teorii systemów. Każda organizacja religijna (choć nie tylko), z tytułu samego faktu, że jest organizacją, ma do rozwiązania dwa problemy: z jednej strony musi regulować stosunki z otoczeniem, z drugiej musi się troszczyć o zachowanie własnej tożsamości. W dziedzinie religii napięcie to przejawia się w stałym konflikcie między zbytnim konformizmem na rzecz otoczenia, który może prowadzić do utraty tożsamości, albo zbytnim rygoryzmem, którego skutkiem może być marginalizacja i pomniejszenie znaczenia grupy.

Sekta zatem to taka grupa religijna, która dąży do kultywowania tożsamości przez minimalizowanie kontaktów z otoczeniem. Wynika to z absolutyzacji własnego systemu wartości i własnego systemu–światopoglądu, co czyni ślepym na wartości i prawdy zawarte w przekonaniach innych. Kościół zaś to grupa dążąca do wpływu na otoczenie nawet kosztem własnej tożsamości. Są to naturalnie typy idealne, realne zaś grupy religijne muszą się usytuować gdzieś pomiędzy ekstremami. Na to, że zachowanie tożsamości bez kontaktów z otoczeniem z jednej strony oraz totalne otwarcie bez trwania przy własnej tożsamości z drugiej są niemożliwe, wskazują niepowodzenia takich przedsięwzięć jak tragiczny eksperyment Jima Jonesa w gujańskiej dżungli oraz postulatu bezreligijnego, świeckiego chrześcijaństwa podnoszonego przez niektórych teologów protestanckich.

Nie jest to naturalnie jedyna cecha różniąca sektę od Kościoła, ale wydaje się kluczowa. Pozostałe z niej wynikają: na przykład większa otwartość Kościoła sprawia, że dużo łatwiej zostać jego członkiem niż członkiem sekty (wystarczy się w nim urodzić). Chcąc zostać uznanym za pełnoprawnego członka sekty, trzeba często przejść osobiste nawrócenie (lub jakąś inną formę inicjacji). Pomijam już, że trzeba do sekty trafić albo też zostać przez sektę znalezionym (co bynajmniej nie jest sprawą tak łatwą). Sekty stawiają zazwyczaj swoim członkom dużo wyższe wymagania etyczne, choć ich rozumienie tego, co etyczne, może wydawać się nieco ekstrawaganckie (takim wymaganiem może być na przykład bezwzględne posłuszeństwo mistrzowi). Stąd trudniej jest także pozostawać w ruchach tego typu niż w Kościele (właściwie w przypadku Kościoła trudność sprawia jego opuszczenie: można całymi latami nie uczestniczyć w praktykach religijnych, wyznawać konglomerat herezji, a i tak proboszcz płaci za delikwenta daninę diecezjalną, a niezatarte znamię chrztu umożliwia temu ostatniemu pojawienie się w każdej chwili, jak gdyby nigdy nic, w parafii np. z dzieckiem do ochrzczenia). W ramach szeregowych wyznawców panuje w Kościele raczej luźna dyscyplina, oczekuje się wypełnienia pewnego minimum „obowiązków”, a spowiedź lub inna analogiczna praktyka efektywnie łagodzą ciężar moralnych wymagań. Stosuje się naturalnie ekskomunikę, jednak, podobnie jak inne środki wychowania religijnego, zazwyczaj powściągliwie i łagodnie. Po okazaniu skruchy każdy może powrócić na łono matki– –Kościoła.

Sekty osiągają w związku z tym dużo lepsze rezultaty, jeśli chodzi o wychowanie, socjalizację swoich członków. Często osoby nawet faktycznie wykluczone z sekty żyją całymi latami w poczuciu winy niejako naznaczone odebraną formacją, próbując na własny użytek realizować zalecenia sekty (chyba że ratują się konwersją do innej grupy religijnej).

Sekty są złe

Powiada się, że sekty to zło, przedstawia się je często w demonicznych wręcz kategoriach. Owo zło może wypływać albo z tego, co wszystkim sektom wspólne — z samego bycia sektą, albo też z podejmowania przez sektę jakiejś specyficznej działalności, która ją odróżnia od innych sekt i Kościołów. W tym drugim przypadku moglibyśmy mówić tylko o konkretnych sektach i o konkretnych przestępstwach, które rzeczywiście mają miejsce. To zadanie zostawiam jednak kryminologom i funkcjonariuszom prawa. Mnie interesuje pierwszy aspekt. Na czym polega zło sekty jako formy organizacji religijnej? Sekty (jako takie) mogą być złe albo dla ich członków, albo dla społeczeństwa, albo dla Kościoła. Przyjrzyjmy się tym trzem możliwościom.

Lepsze od terroryzmu

Jednym z najczęściej przytaczanych zarzutów jest ten, że sekty są złe, gdyż wyrywają jednostki ze społeczeństwa i z rodzin. Zarzut ten jest celny, gdyż kontestacja społeczeństwa (a przynajmniej jego aktualnej formy) jest istotną cechą sekt i muszą one tak czynić, o ile chcą pozostać sektami, a nie przekształcić się w denominację czy Kościół.

Rzeczywiście, sekty bardzo często nauczają, że

nie należy słuchać ojców i nauczycieli, a raczej im tylko trzeba wierzyć; że tamci są głupcami i szaleńcami; że nie mogą dostrzec ani zrobić nic naprawdę szlachetnego, zajęci próżnymi głupstwami, a tylko oni jedni wiedzą, jak należy żyć; że jeśli uwierzą ich słowom, będą szczęśliwi sami i ich bliscy. A jeśli mówiąc to [apostołowie sekt], zobaczą, że zbliża się któryś z nauczycieli (…) albo sam ojciec rodziny, jedni — lękliwi uciekają w popłochu, drudzy zaś — zuchwali podburzają dzieci do buntu, szepcą im do ucha, że w obecności ojca lub nauczycieli nie będą mogli ani chcieli wyjaśnić tych wszystkich wspaniałości, że wzbudza w nich odrazę głupota i okrucieństwo tych zdemoralizowanych ludzi, pełnych najgorszej niegodziwości i kroczących drogą występku, którzy by ich na pewno ukarali; ale jeśli chcą się czegoś nauczyć, niechaj porzucą rodziców i nauczycieli i idą z nimi na takie czy inne zebranie, a tam osiągną doskonałość.

Powyższego cytatu nie zaczerpnąłem z żadnego katolickiego pisma. Słowa te napisał kilkanaście wieków temu pogański intelektualista, a adresatami tych zarzutów byli pierwsi chrześcijanie. W ich obronie wystąpił młody Orygenes, a jego argumenty, do pewnego stopnia, stosują się również do dzisiejszej sytuacji. Po pierwsze nie zaprzecza, że chrześcijańscy nauczyciele wiary odciągają młodzież od rodzin i nauczycieli, zadaje jedynie pytanie: „Kim jest ów mądry ojciec, kim są owi nauczyciele cnoty, od których odciągamy dzieci i kobiety (…)? Kim są owi nauczyciele, których uważamy za głupców i szaleńców, a których Celsus bierze w obronę, jak gdyby nauczali doskonałości?”. Pozycja „na zewnątrz” cesarstwa pozwoliła chrześcijanom sprzed edyktu mediolańskiego zająć względem społeczeństwa postawę krytyczną, a czasami nawet wręcz profetyczną. Jak jest dzisiaj? Jakże trudno chrześcijanom będącym w większości, stanowiącym masę, spojrzeć krytycznie na społeczeństwo, własne rodziny. Czy są one idealne? Kościół zawsze bronił rodziny jako instytucji, ale to nie może przesłaniać faktu, że w konkretnej epoce instytucja ta może funkcjonować źle, mówiąc ostrzej, że może wyrządzać więcej szkód niż pożytku, że wyciągnięcie dziecka spod wpływu despotycznego ojca czy rozhisteryzowanej matki może być dla niego korzystne. Nie mówię, że takie są wszystkie rodziny czy nawet większość (choć kilka miesięcy, które swego czasu przepracowałem w szkole podstawowej, nastraja mnie raczej pesymistycznie), ale sądzę, że warto się nad tym problemem zastanowić właśnie w kontekście młodzieży trafiającej do sekt. Problem ten wymaga naturalnie szerszych badań empirycznych, ale już od dawna socjologowie wiążą dzisiejszą popularność sekt z kryzysem ojcostwa i autorytetów.

Przechodząc od poziomu rodziny do poziomu społeczeństwa, narodu, należy zadać sobie pytanie, czy rzeczywiście dzisiejsza kultura europejska jest tak idealna, aby wszelka jej krytyka była nieracjonalna. Nie ma miejsca na dokładną analizę dzisiejszej sytuacji z punktu widzenia duchowych potrzeb człowieka. W imieniu Kościoła katolickiego profetyczną krytykę współczesności prowadzi Jan Paweł II, za co jest ceniony nawet przez niekatolików. Z pozycji ponadwyznaniowych może nawet bardziej radykalną krytykę prowadzi Erich Fromm, którego trudno posądzić o sekciarstwo. Wydaje się, że założenia naukowej krytyki rzeczywistości społecznej, które przedstawił w swej pracy Zdrowe społeczeństwo, a które wcześniej zastosował do religii i etyki, nie tracą na aktualności (wykazują przy tym sporą zbieżność z podejściem katolickich etyków opierających się na koncepcji prawa naturalnego). Generalnie trudno uznać dzisiejszą kulturę za nakierowaną na głębsze wartości duchowe. Sekty pozostają jednak nie tylko znakiem profetycznym mówiącym, że nasz świat nie jest jeszcze prawdziwie humanistyczny, ale stanowią dla konkretnych ludzi także pewne nonkonformistyczne rozwiązanie, mimo wszystko chyba lepsze od terroryzmu.

Z drugiej strony, co może wydać się paradoksalne, sekty doskonale wyrażają charakter dzisiejszego społeczeństwa. Zauważył to już w XIX wieku Herbert Spencer. Jego zdaniem, sekty zawsze reprezentowały ducha niezależności od władzy (kościelnej i świeckiej), afirmowały osobisty wybór i osąd jednostki. Stwierdził on, że kraje, które cechuje wzrost industrializmu (przez który rozumie on typ pokojowej i opartej na dobrowolnym współdziałaniu organizacji społecznej), cechuje jednocześnie wzrost odstępstw od Kościoła panującego, a co za tym idzie — rozwój licznych sekt.

Rzeczywiście, gdy w dziedzinie polityki głosi się zasady demokracji, odpowiedzialnego współuczestnictwa, wolnego i osobistego wyboru przedstawicieli, gdy w gospodarce rozgłasza się wszem wobec, że jedyną możliwą drogą jest kapitalizm, czyli ustrój oparty na dobrowolnych umowach między pracodawcą i pracobiorcą, czy można się dziwić, że ludzie również religię biorą we własne ręce? Z tego punktu widzenia sekty są po prostu kolejnymi organizacjami pozarządowymi (Non–Government Organizations), takimi jak Stowarzyszenie Przyjaźni Polsko–Arabskiej czy Klub Hodowców Żółwi Czerwonolicych. Czy koniecznie muszą być gorsze tylko dlatego, że rozwijają zainteresowania religijne swych członków?

Skuteczność guru

Sekty (jako takie) wpajają swoim wyznawcom zasady, które często dalekie są od racjonalności. Narzucają im rygorystyczną dyscyplinę moralną, rytualną oraz społeczną (posłuszeństwo). Wiele z nich praktykuje wspólnotę własności. Wszystko to może wydawać się wysoce szkodliwe, ale… ze świeckiego punktu widzenia, który domaga się racjonalności, użyteczności oraz nieskrępowanej wolności. Takich zarzutów nie ma jednak prawa stawiać chrześcijanin, którego nie wszystkie bynajmniej wierzenia cechują się pełną racjonalnością (i dla którego zresztą taka pełna racjonalność nie jest ideałem), dla którego użyteczność ani wolność nie są wartościami absolutnymi, lecz instrumentalnymi.

Twierdzi się, że ludzie odchodzą od chrześcijaństwa, bo stawia ono wymagania, że idą do sekt, a tam otrzymują łatwe odpowiedzi na wszelkie pytania. Czy rzeczywiście są to łatwe odpowiedzi? Niewątpliwie teologia wielu sekt nie grzeszy wyrafinowaniem, ale nie grzeszyła nim także teologia pierwszych chrześcijan. O łatwości wymogów moralnych już mówiliśmy. Jednak ujmując zjawisko w kategoriach „łatwe” i „trudne”, pomijamy rdzeń problemu. Prostota doktrynalna sekt zdaje się bowiem iść w parze z efektywnością tej doktryny. Najsubtelniejsza, najbardziej racjonalna, spójna i głęboka teologia może pozostać całkowicie nieefektywna, jeśli nie są spełnione inne warunki — gdy grupa religijna nie wypracuje skutecznych technik socjalizacji i rytuałów, dzięki którym doktryna jest „wpisywana” w świadomość i nieświadomość swych członków, ale przede wszystkim — gdy nie ma społecznego nacisku na wierność ortodoksji i ortopraksji (poprawnego działania). To ten społeczny nacisk stanowi o sile moralnej sekt. Od początku chrześcijaństwa rozumieli to założyciele zakonów uciekający od świata, by tworzyć silnie zdyscyplinowane wspólnoty, gotowe wywierać nacisk na swych członków i w ten sposób wspierać ich rozwój.

Twierdzi się, że sekty dają poczucie bezpieczeństwa i wspólnoty, sekty zaspokajają albo udają, że zaspokajają tylko jakieś niskie potrzeby człowieka. Generalnie przystąpienie do sekty jest aktem ucieczki od wolności. Ileż pychy i pogardy dla człowieczeństwa w takim ujęciu!

Pomijając to, trzeba powiedzieć, że twierdzenia te są oparte na filozoficznej antropologii nieco oderwanej od rzeczywistości. Zakłada się, że człowiek jest wolny z natury, i z tego słusznego twierdzenia wyprowadza się wniosek, że człowiek się wolny rodzi. Nie ma tu miejsca na dojrzewanie do wolności, na uczenie się jej. Jesteś człowiekiem? Masz obowiązek być wolny, nawet jeśli masz trzynaście lat. Tymczasem — zanim Izrael stał się wolnym narodem, musiał przejść przez rygorystyczną szkołę pustyni, której esencję w postaci Tory zabrał ze sobą do kraju mleka i miodu. Również Hegel w swej filozofii wolności zakłada, że zanim wolność zjednoczy się z naturą, ta ostatnia musi przejść przez bramę prawa i moralności, które jako zewnętrzne względem jednostki jawią się jej jako niewola, choć w rzeczywistości wyrażają wolność ducha.

Popularność różnych autokratycznych guru, moim zdaniem, wiąże się nie tylko z kryzysem ojcostwa, ale z faktem niezwykłej skuteczności osobowego, charyzmatycznego przewodnictwa duchowego. Instytucję taką posiada np. buddyzm zen, autorytet tego typu spotykamy w sufizmie, w jodze czy w hasydyzmie. Autorytet oparty na kompetencji, osobistym doświadczeniu funkcjonował nie tylko w religii, ale także w rzemiośle, gdzie od dawien dawna był uczeń, czeladnik i mistrz. Stosunki te przeszły również do nauki wszelkich umiejętności wymagających wyjątkowo intensywnego szkolenia dostosowanego ściśle do osobowości ucznia i obowiązywały także na uniwersytecie do momentu likwidacji instytucji asystenta. Popularność korepetycji w dobie formalnie bezpłatnej edukacji może stanowić kolejny dowód na to, iż młodzi szukają autorytetu. To, czego szukają młodzi w sektach, niekoniecznie musi być tylko realizacją niskich potrzeb.

Zagrożenie dla Kościoła

Ludzie Kościoła zadają pytanie, dlaczego młodzi szukają w sektach tego, co, jak się pytającym wydaje, mogliby znaleźć w Kościele? Sekty jawią się zatem nie tylko jako wyzwanie, ale jako zagrożenie dla Kościoła bądź pewnych dziedzin jego działalności.

Czy rzeczywiście Kościół stanowi dla owych guru realną konkurencję?

Pierwsza odpowiedź wypływa z tego, co powiedzieliśmy: duszpasterstwo masowe, na które Kościół w Polsce nadal stawia, jest mało efektywne, jeśli chodzi o rozwój duchowy i etyczny ze względu na samą (formalną) liczebność parafii, a także na kwalifikacje kapłanów. Nie chodzi o to, że są one za niskie, ale o to, że są one innego rodzaju. Autorytet kapłana w socjologii religii jest zaliczany do typu tradycyjnego lub urzędowego, podczas gdy guru ma autorytet typu charyzmatycznego. Kapłanem zostaje się nie dlatego, że przeżyło się pewne osobiste doświadczenia duchowe, ma się za sobą przebytą pewną drogę, po której teraz można prowadzić innych, kapłanem nie zostaje się dlatego, że jest się już dojrzałym człowiekiem (choć to wszystko może być dobrze widziane). Przyjmowanie do seminariów chłopców po maturze w pełni potwierdza tezę, że kapłan ma być przede wszystkim lojalnym funkcjonariuszem instytucji, pomocnikiem biskupa, a nie „wirtuozem religijnym” (Weber). Nie twierdzę, że to jest złe, chodzi o to, że kapłan nie jest alternatywą dla guru, gdyż stanowi zupełnie inny socjologiczny typ autorytetu religijnego.

Tutaj również tkwi siła sekt, w których osobiste kwalifikacje są warunkiem pełnienia takiej czy innej funkcji. Ktoś może powiedzieć, że władza guru w sekcie jest autorytatywna. Samo to jednak nie oznacza, że jest to władza szkodliwa. Nawet Erich Fromm, którego trudno posądzić o sprzyjanie autorytaryzmowi, uznaje korzyść płynącą z osobowego autorytetu opartego na wyższości kompetencji.

W Kościele naturalnie pojawiają się również autorytety charyzmatyczne oparte na osobistych kompetencjach duchowych, ale, niestety, przypadkowo. Często muszą przy tym przezwyciężać opory autorytetów urzędowych. Wydaje się, że brakuje stałej instytucji typu charyzmatycznego, jaką w prawosławiu byli starcy. W katolicyzmie najczęstszym miejscem, gdzie przejawia się autorytet charyzmatyczny, są chyba mimo wszystko zakony, ale znowu, częściej jest mowa o charyzmacie zakonu niż jednostek pełniących określoną funkcję. Zdarzają się czasem wyjątkowi spowiednicy, o których ludzie potem wypytują i których wyglądają w konfesjonałach, ale wszystko to dzieje się jakby mimochodem, na drugim planie.

W odpowiedzi na wyzwanie sekt pojawił się postulat tworzenia wspólnot i rzeczywiście bardzo wiele takich powstało. Jak wyżej staraliśmy się wykazać, potrzeba wspólnotowości nie jest jednak główną potrzebą skłaniającą ludzi do wstępowania do sekt, wspólnoty jako takie nie zaspokajają bowiem potrzeby zindywidualizowanego prowadzenia w rozwoju duchowym, a jedynie wzmacniają jego skuteczność. Na ich czele stają ludzie, którzy górują nad innymi talentami organizacyjnymi, nie zawsze doświadczeniem duchowym.

Nieosiągalny cel

Powyższe rozważania pozwalają dokonać jeszcze jednego ważnego rozróżnienia. Otóż często zwykło się do jednego worka wrzucać sekty i New Age. Jest to podobne niezrozumienie, jakie ma miejsce, gdy do jednego worka „ruchy heretyckie z II wieku” wrzucamy gnostyków oraz montanistów. Tymczasem istnieje podstawowa różnica: gnostycy wyrażali mentalność za bardzo postępową jak na tolerancję ówczesnego Kościoła, natomiast montaniści przeciwnie — byli za mało postępowi i sztywno trzymali się pierwotnych, rewolucyjnych i demokratycznych pozycji chrześcijaństwa. Podobnie sekty wyrażają przeciwną tendencję do New Age — stanowią religie zamknięte, stojące na stanowisku wyłączności własnej prawdy, podczas gdy New Age jest aż za bardzo otwarte na wszystkie możliwe ezoteryczne tradycje. Sekty jawią się jako negatywna reakcja na prąd cywilizacyjny, który zrodził New Age (który umownie możemy określić jako globalizację), pomimo to że same się tym ostatnim karmią.

Wielu oczekiwałoby od socjologii religii cudownej recepty na problem sekt, tzn. — najlepiej, aby wszystkie sekty znikły. Osobom tym marzy się powrót Kościoła katolickiego do pozycji religijnego monopolisty. Warto im przypomnieć zdanie znanego socjologa religii, Petera L. Bergera, który daje naukową receptę, jak doprowadzić do takiego stanu rzeczy: należy mianowicie odwrócić kierunek procesu modernizacji, przywrócić społeczeństwom charakter przedindustrialny, a jest to „cel tak niemożliwy do osiągnięcia, jak nic innego w historii”.

Ktoś zapyta, po co to wszystko piszę. Nie jest moim celem zachęcanie kogokolwiek do wstępowania do sekt. Moim celem było oddemonizowanie tego tematu, co miałem nadzieję uzyskać za pomocą perspektywy socjologicznej. Nie zamierzam bronić żadnych rzeczywistych nadużyć popełnianych przez członków sekt, ale ich tropienie pozostawiam policji i funkcjonariuszom tzw. opinii publicznej. Uważam, że takie oddemonizowanie jest niezbędne, aby dostrzec w sektach nie tyle szatańską uzurpację, ile kandydatów do dialogu międzyreligijnego. O ile żydów zwykło się określać w stosunku do chrześcijaństwa jako starszych braci w wierze, to można spojrzeć na sekty jako na młodszych braci i siostry w wierze.

Literatura:

Peter L. Berger, Święty baldachim, Kraków 1997, s.178. Erich Fromm, Man for himself. An Inquiry into the Psychology of Ethics, Nowy Jork 1966 (pol. Niech się stanie człowiek. Z psychologii etyki, Warszawa — Wrocław 1999, Priest and profets, w: On Disobedience and other essays, Nowy Jork 1981. Günter Kehrer, Wprowadzenie do socjologii religii, Kraków 1996. Niklas Luhmann, Funkcja religii, Kraków 1998. Orygenes, Przeciw Celsusowi, III, 55–58, Warszawa 1986. Herbert Spencer, Instytucje kościelne, Warszawa 1981. Joachim Wach, Socjologia religii, Warszawa 1961. Max Weber, Szkice z socjologii religii, Warszawa 1984.

Sekty z innego punktu widzenia
Kamil Kaczmarek

urodzony w 1973 r. – asystent w Zakładzie Socjologii Teoretycznej i Klasycznej IS UAM, pisze doktorat z socjologii religii, student teologii na WT UAM. Opublikował książkę Prasocjologia św. Tomasza z Akwinu....