Samotni? Tak. I to nierzadko. Samodzielni? Zdecydowanie. I to zawsze. Bo gdy jesteś jedynakiem – inaczej się nie da. Szczęśliwi? Też. Do szczęścia naprawdę nie potrzeba stale innych ludzi. Bycie jedynakiem nie ma jednego, prostego oblicza.
Dla sporej grupy żyjących od zawsze w rodzeństwach my, jedynacy, jesteśmy niczym smutne, wybrakowane istoty. Trzeba nam współczuć i pomagać, bo czegoś jedynakom brak. Ale czy rzeczywiście?
Sięgam pamięcią wstecz. Najdalej, jak potrafię. Miłości rodziców mam po kokardę, tak samo jak uwagi i wsparcia. Dziś myślę, że może to efekt tego, że mieli tylko mnie. A może nie? Może tego wszystkiego, tego szczęścia, byłoby tyle samo, gdybym miała rodzeństwo? Wszak, jak powiedział Albert Schweitzer: „Szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, gdy się ją dzieli”. Patrzę na zdjęcia z przedszkola. Wygląda, że wszyscy razem nieźle się bawimy, choć łączą nas paskudnie niewygodne i jakże niewyjściowe grube rajtuzy. To był PRL. Czy moje panie z przedszkola uważały albo czuły, że jestem jakaś inna? Już się nie dowiem, za późno…
Wiem tyle – choć bardziej intuicyjnie niż z tego, co wypowiedziane – że moi rodzice od zawsze stawali na rzęsach, żebym nie była stereotypową jedynaczką. Mama miała jeszcze siostrę i brata, a tato był jednym z czworga rodzeństwa. Im się chyba nie mieściło w głowie, że rodzeństwa można nie mieć. A jeśli już go nie ma, to wiadomo, co spada na jedynaka – wszystkie plagi tego świata. Jest samolubny, egocentryczny, nie potrafi się dzielić, nie umie się bawić z innymi dziećmi, okropny sobek, w dodatku smutny, bo samotny… Wszystkie te cechy wyliczam za okładką książki Jedynacy. Jak być (z) jedynakiem Jill Pitkeathley i Davida Emersona, którzy do stereotypowego zestawu dorzucają jeszcze przebojowość i odnoszenie sukcesów i z których opracowaniem powstałym po rozmowach z 60 jedynakami kompletnie się rozmijam, bo widzę i wiem, jak inne od diagnozy autorów jest moje życie.
Znów zerkam na zdjęcia z przedszkola i przypomina mi się rodzinna anegdotka, którą znam z opowiadań (nie mogę jej pamiętać). Oto moja mama z drżeniem serca zostawia swoje trzyletnie maleństwo w przedszkolu. To pierwszy dzień, układa więc wszystko w pracy tak, by odebrać mnie jak najwcześniej z tej nowej nieznanej rzeczywistości – wszak to końcówka lat 70., żadnych dni otwartych czy tygodni adaptacyjnych wówczas nie było. Mama wpada więc do przedszkola odpowiednio wcześniej, mając w głowie wszystkie te przerażające obrazki z zasmarkanymi maluchami, a
Zostało Ci jeszcze 85% artykułu
Oceń