Zabieram się do pisania w samym środku zimowej sesji egzaminacyjnej. To ma znaczenie, bo zamierzam poruszać wątki związane z dydaktycznymi doświadczeniami. Ale przy okazji odkryłem, że obecnym semestrem wkroczyłem w trzecie dziesięciolecie belfrowania. I że już tylko dziesięć lat dzieli mnie od emerytury. Nie wiem: śmiać się czy płakać? Odkładam zatem pospiesznie ten nieco traumatyczny dla mnie wątek…
Pod koniec semestru mam zwyczaj przeprowadzać swoją wewnętrzną ewaluację – zapisuję zagadnienia i tematy, które w czasie zajęć, czy to wzbudziły najżywsze reakcje studentów, czy to – w mojej ocenie – domagają się bardziej przemawiających metafor. W tym roku wyszło mi tego nieco więcej, bo główne zajęcia prowadziłem w nowym układzie treściowym, związanym ze zmianami w programie studiów. Takie fluktuacje programowe prowadzą nieuchronnie do eksperymentowania na ludziach: pierwsze podejście dydaktyczne w nowym ujęciu ma coś z „rozpoznania bojem”.
Być może dla szanownych czytelników ciekawsze byłoby podzielenie się tym, co odkryłem zaskakującego, niestandardowego i oryginalnego. Niestety. Zamierzam napisać o tym, co wyszło zarówno w grupie dziennej, jak i niestacjonarnej, a co powtarza się z rozbrajającą regularnością za każdym razem, gdy wykładam chrystologię. Od lat. Część mianowicie studentów – ze zmieszaniem, zdziwieniem, niedowierzaniem i innymi jeszcze uczuciami, z których wielu zapewne nie zidentyfikowałem – odkrywa, że żyw
Zostało Ci jeszcze 75% artykułu
Oceń