Mamy Wielkanoc. Święta zmartwychwstania. Spróbujmy więc pomyśleć o zmartwychwstaniu ciał. Tak, właśnie tych naszych ciał.
Spacer ma tę przewagę nad wieloma innymi zajęciami, że trudno podczas niego całkiem zapomnieć o ciele. Po kilku minutach marszu przypominają o sobie kolana, oddech, krople potu. Ciało w ruchu nie pozwala się tak łatwo zignorować.
Miesiąc temu – o czym można przeczytać w marcowym felietonie – siedziałem na ławce w parku i zastanawiałem się nad pytaniem: Ile jest życia w naszym życiu? Ten tekst wywołał – ku mojemu zaskoczeniu – sporo reakcji. Dostałem kilka wiadomości, ktoś napisał, że długo o tym rozmawiali w domu przy kolacji. Okazuje się, że to ważne pytanie. Bo można przecież żyć długo, a życia przeżyć niewiele.
Dziś idę tą samą parkową ścieżką i uświadamiam sobie, że pierwszym miejscem, w którym ta kwestia się rozstrzyga, jest właśnie ciało.
Przez lata myślałem inaczej. Wydawało mi się, że jeśli coś naprawdę warto doskonalić, to przede wszystkim wnętrze: umysł, charakter, wolę. Ciało było gdzieś na końcu tej listy. Trochę jak w biblijnym westchnieniu: marność nad marnościami – rzeczy materialne, przemijające w gruncie rzeczy wydają się mało istotne. A tu proszę: zmartwychwstanie ciała.
Ciało nie jest tylko dodatkiem do człowieka. Jest czymś znacznie więcej niż nośnikiem duszy. Jest jedynym narzędziem, dzięki któremu to, co duchowe, spotyka się ze światem materialnym. Wszystko, co przeżywamy – myśli, uczucia, decyzje – przechodzi przez ciało. Bez niego nie ma ani spotkania, ani działania, a
Zostało Ci jeszcze 75% artykułu
Oceń