Okres wielkanocny łączył się z mnóstwem rytuałów, które były pospołu religijne i magiczne. Na wiosnę przed Wielkanocą dokładnie sprzątało się obejście i bieliło chałupy, jakby to był prawdziwy nowy rok, który przypada w środku ciemności.
Z etnolożką Alicją Kujawską rozmawia Michalina Kaczmarkiewicz
Które święta są najbardziej związane z jedzeniem?
Wszystkie są z nim związane. Normą dawnej codzienności był głód lub przynajmniej niedosyt, zatem od święta trzeba było jeść. Gdy mówię: dawniej, mam na myśli czas do 1945 roku; wcześniej w Polsce były albo zabory, albo wojny. To duże uproszczenie, ale przyjmijmy je na początku.
Czy ludzie świętowali, bo mieli jedzenie, czy jedli, ponieważ było święto?
Umiejętność rozpalania ognia, a potem pieczenia i gotowania była gigantycznym skokiem w stosunku do sytuacji, w której coś zbierano i zaraz zjadano. Gotowanie oznaczało dosyć zaawansowany poziom cywilizacyjny, bo żeby ugotować, trzeba mieć naczynia, a to wiązało się z rozwijaniem kolejnych umiejętności. Ale tu odnosimy się do prehistorii.
Mężczyźni przywlekli do obozowiska fragmenty mamuciego cielska – jest powód i jest czym świętować?
Tak, a kolejny krok, a raczej skok, to umiejętność przechowywania żywności na później przez fermentację, peklowanie. Podstawą jadłospisu ludów myśliwsko-zbieraczych nie było to, co upolowane, a to, co uzbierane: trawy, owoce, zioła, bulwy, miód. Ostatnie kilka stuleci na terenie Polski to jednak inny system gospodarowania: rolnictwo. Zbieractwo stanowiło ważną, ale sezonową formę uzupełniania jadłospisu wsi. Chyba że dotyczyło to czasu szczególnego, wojny, głodu, wtedy jedzenie lebiody, szczawiu czy ślimaków (uważanych za pokarm biedaków) było koniecznością.
Święta miały za zadanie budowanie wspólnoty. I to się chyba nie zmieniło mimo zmian scenografii i wykwintnego stołu z porcelaną zamiast poćwiartowanego zwierza.
Wszystko, czego się podejmujemy, ma w istocie na celu budowanie wspólnoty. Wyraźnie zauważalną zmianą jest współczesne przesunięcie akcentu z ducha na fetę, oczywiście, przy zachowaniu wszelkich proporcji. I mimo rosnącej laicyzacji społeczeństwa przywiązanie do świąt, rytualność religijnych zachowań są w Polsce nadal dostrzegalne. Choć mniej jest zrozumienia sensu rytuałów, a więcej powierzchowności, oparcia się nie tyle nawet na kulturze, ile na popkulturze.
Dla mnie fascynujące jest to, że zwyczaje czy święta mają kilka warstw znaczeniowych: symboliczną, społeczną, religijną, praktyczną, czasem też nadbudowę komercyjną. Powiedzmy takie walentynki…
Mają pochodzenie rzymskie, jak zresztą większość naszych świąt. Sama data 14 lutego związana jest z męczeńską śmiercią Walentego. To, że się udało połączyć patrona chorych i zakochanych z jedzeniem czekolady, jest swoistym fenomenem, ale i chorym, i zakochanym potrzeba energii. Czekolada – niegdyś napój wytrawny serwowany wyłącznie arystokracji Inków, afrodyzjak i lekarstwo – dzisiaj jest przyjemnością dostatku.
Jak od tortur przeszliśmy do dnia zakochanych?
Biskup rzymski Walenty udzielał podobno nielegalnych ślubów żołnierzom, ale to raczej za mało na zbudowanie wiarygodnej świątecznej narracji, więc w średni
Zostało Ci jeszcze 85% artykułu
Oceń