Uspokajam. Nie, ten tytuł nie jest próbą naśladowania księdza Grzegorza Strzelczyka. Zresztą każda taka moja próba byłaby z góry skazana na porażkę, bo ani w teologii, ani w posługiwaniu się gwarą śląską nigdy Autorowi felietonów ze Śląskiej prowincji nie dorównam. Czemu zatem ślonsko godka w tytule? Ufam, że treść felietonu będzie odpowiedzią.
Kiedy czasy są ciężkie, a otaczająca rzeczywistość daje się mocno we znaki i nie ma żadnych widoków na zmianę, to sprawdzonym sposobem na przetrwanie są ironia i żart. Wydawałoby się, że one niczego nie zmieniają, a więc i w niczym nie pomagają. A jednak! W ciężkich czasach ironia i żart są jak igły nakłuwające groźnie wyglądającą, bo pompowaną strachem kukłę (kogoś lub czegoś). Od tego nakłucia kukła zazwyczaj nie pęka, ale my przestajemy się bać. Słysząc, jak powoli schodzi z niej powietrze, już wiemy, że owszem, to olbrzym, ale pusty w środku. Ileż to opasłych tomów można by napisać o ironii i żartach, którymi ratowaliśmy się w czasie niemieckiej okupacji, w czasie okresu PRL-u czy w czasie stanu wojennego! Śmiało można by rzec, że takie radzenie sobie z udręką trudnych czasów to nasza polska specjalność. Ale nie tylko nasza.
W Rosji, gdzie żyję od jedenastu lat, ciężkie czasy bywały nie tylko ciężkie, ale i częste. Czyniło je to jeszcze cięższymi, a więc jeszcze bardziej wymagającymi nakłuwania ironią i żartem. Często był to jedyny sposób nie tyle przeżycia (iluż by
Zostało Ci jeszcze 75% artykułu
Oceń