Profesor Jan Miodek przysłał mi egzemplarz miesięcznika „Śląsk” i zarekomendował zamieszczone tam teksty o powojennych losach Ślązaków.
Jako Warszawiak przechodziłem różne etapy stosunku do Śląska i Ślązaków i chyba nie byłem w tym odosobniony. W elementarzu Falskiego dymiły kominy, a pani nauczycielka uświadamiała nam, jak ciężka jest praca górnika. 4 grudnia – Barbórka – był w praktyce świętem narodowym w całym kraju.
Ale kiedy jako małoletni pętak chodziłem na mecze Legii, to po każdym zagraniu piłkarzy Górnika Zabrze, Ruchu Chorzów czy Polonii Bytom skandowałem wspólnie ze starszymi hasła obrażające „Hanysów” jako kategorię etniczną, wprawdzie geograficznie należącą do Polski, ale od niej odstającą.
Miałem nieduży rozum, w którym jednak czasami odzywał się dzwonek wątpliwości. Bardzo lubiłem zespoły „Mazowsze” i „Śląsk”, znałem śpiewane przez nie mądre, śmieszne lub wzruszające teksty piosenek ludowych. „Mazowsze” – wiadomo, ale skoro powstał też „Śląsk”, to znaczy, że to także Polska.
„Poszła Karolinka do Gogolina, a Karliczek za nią” – jaki Karliczek? Nie znałem w Warszawie żadnego Karliczka. Więc to jednak nie Polska. „Gdybym ci ja miała skrzydełka jak gąska, poleciałabym ja za Jaśkiem do Śląska” – za Jaśkiem, a nie jakimś Hansem czy Johanem. Czyli to Polska.
Takie miałem przemyślenia wieku dziecięco-młodzieńczego. Wiedza wyniesiona ze szkoły pozwoliła mi nieco uporządkować skomplikowaną historię Śląska. Wtedy do smutnych losów konia Łyska z pokładu Idy, który pracuje pod ziemią, nigdy n
Zostało Ci jeszcze 75% artykułu
Oceń