Wśród życzeń, które składaliśmy sobie na Nowy Rok, chyba pierwszy raz za mojego życia tak często powtarzało się nowe: … i żeby nie było wojny.
Wojnę znamy z filmów, z książek i coraz rzadziej z opowiadań. Odchodzi pokolenie, które wojnę przeżyło, mając świadomość jej okrucieństw. Tych, którzy urodzili się w latach dwudziestych, już prawie nie ma. Ale wtedy, kiedy mogli wspominać, robili to zwykle z niechęcią. I nawet my, ich dzieci, nie wiemy o wojnie wszystkiego. Rodzice i dziadkowie przeżyli zbyt wiele, aby chcieć to wspominać. Albo chcieli nam tego oszczędzić.
Ci z lat trzydziestych w latach wojny byli dziećmi. Bardziej od strzelaniny pamiętają, że nie było co jeść, a mama odejmowała sobie od ust, żeby nakarmić dzieci. Zwykle to była mama, bo tata włożył mundur. Bywało, że już go więcej nie zobaczyły. Lub – kiedy wrócił po kilku latach – nie wiedziały, kim jest ten obcy pan, który tak czule wita się z mamusią.
A i tak wszyscy byli szczęśliwi, że przeżyli, bo znali wielu tych, którzy nie mieli szczęścia.
W świątecznym wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” aktorka Ewa Szykulska, urodzona w tym samym roku co ja – 1949 – mówi głosem naszego pokolenia:
„W mojej głowie zostały obrazy odbudowującej się Warszawy: dom, szkoła, ulice, które robiły się coraz bardziej podobne do domów i ulic. Teraz, co by nie powiedzieć, kochamy nowoczesne szklane domy: ładne, choć otoczone zbyt
Zostało Ci jeszcze 75% artykułu
Oceń