Po dwudziestu dwóch kilometrach Ekstremalna Droga Krzyżowa dopiero się zaczyna. Narasta zmęczenie, chce się spać, w żołądku czuć ssanie. Po pierwszym dłuższym, kilkunastominutowym postoju robi się tak zimno, że ciało zaczyna drżeć. Pojawia się wahanie. Myśl, że w łóżku byłoby ciepło i wygodnie.
W 2026 roku Ekstremalna Droga Krzyżowa będzie organizowana po raz siedemnasty. Oznacza to, że oddolne dzieło, które powstało z inicjatywy ks. Jacka Stryczka w środowisku krakowskim, zbliża się do pełnoletności. Przestaje być eksperymentem, który początkowo gromadził głównie mężczyzn poszukujących duchowego wyzwania. Staje się doświadczeniem ugruntowanym, powtarzalnym, a zarazem wciąż zaskakującym.
Ostatnia edycja w 2025 roku objęła 17 krajów, 624 rejony i 1471 tras o łącznej długości ponad 65 tysięcy kilometrów. Zarejestrowało się blisko 41 tysięcy uczestników. To tylko liczby – a jednak za każdą z nich stoi konkretna noc, konkretna droga i konkretny człowiek.
Bo Ekstremalna Droga Krzyżowa to nie tylko statystyka. To także łzy, niewyspanie, pęcherze, otarcia i realny ból ciała! To minimum 40 kilometrów pokonywanych nocą, w ciszy, często samotnie, z rozważaniami drogi krzyżowej, które dotykają jednocześnie ciała i duszy. Co roku tysiące osób w różnych częściach Polski i świata decyduje się na taki wysiłek, choć nikt im go nie nakazuje i nikt nie obiecuje religijnych fajerwerków.
***
15.00 – wychodzę z pracy. Odbieram dzieci ze szkoły i przedszkola, jedziemy do domu. Jest zwykły, codzienny pośpiech: żeby zdążyć, żeby ogarnąć popołudnie, żeby choć na chwilę odpocząć. Wiem jednak, że ten dzień nie skończy się wieczorem. Próbuję się zdrzemnąć, ale sen ostatnio przychodzi z trudem. Najmłodsi źle śpią – zęby, pobudki, nocne
Zostało Ci jeszcze 85% artykułu
Oceń