Recenzja książki „Apokalipsa czytana dzisiaj”, Maria Szamot

Recenzja książki „Apokalipsa czytana dzisiaj”, Maria Szamot

Tata – współautor bloga Mama w Dużym Brązowym Domu zamieścił na nim recenzję książki wydawnictwa W drodze Apokalipsa czytana dzisiaj. Gorąco zachęcamy do zapoznania się z całością tekstu i udostępniamy jego fragment: 

Księga Apokalipsy była jednak dla mnie zawsze jakoś atrakcyjna i lubiłem (jeśli można tak powiedzieć w odniesieniu do Księgi) ją czytać: najpierw listy do siedmiu Kościołów w Azji Mniejszej, potem otwarcie siedmiu pieczęci, następnie wszystkie trąby i wreszcie Bestie, ostateczna walka, nowe niebo i nowa ziemia wraz ze słynnym „oto czynię wszystko nowe” oraz „Maranatha”. Z drugiej strony jednak cały czas miałem wrażenie, że cały tekst Apokalipsy jest jednym wielkim chaosem, że zawiera liczne powtórzenia i nie da się z niego tak naprawdę nic wycisnąć. Było mi więc trochę szkoda, bo jako umysł ścisły lubię wywody proste i jednoznaczne – a tutaj: klapa na całej linii.
Jakież więc było moje pozytywne zdziwienie – i poczucie istnienia bratniej duszy – gdy we wstępie do „Apokalipsy czytanej dzisiaj” autorka, Maria Szamot, napisała tak: Niewypowiedziane męki cierpiałam, gdy wśród czytań niedzielnej liturgii pojawiały się fragmenty Apokalipsy. [to jeszcze nie ja, ale podaję kontekst, żeby się lepiej wczuć w tekst] Siedziałam wtedy skulona na ławce nasłuchując, kiedy usłyszę pospieszny tupot nóg ludzi z szyderczym śmiechem wybiegających z kościoła. No bo jak współczesny, jakoś tam wykształcony człowiek mógłby zaakceptować i włączyć w gmach swej wiary Zwierzęta o czterech twarzach albo włóczące się po świecie ku jego zgubie bestie podobne do pantery, a przy tym porośnięty rogami. [no właśnie: jak???] I jak można pragnąć przyjścia Oblubieńca, który zabija mieczem wychodzącym Mu z ust, a stopy ma z drogocennego metalu?

Niezłe sobie – pomyślałem – zobaczymy co będzie dalej. Czytam więc o przepięknej wizji tronu Boga, w otoczeniu tychże wspomnianych czworga Zwierząt (dlaczego właśnie tyle, to się dopiero okaże), dwudziestu czterech Starców (tutaj widać od razu, że to dwie dwunastki), aniołów…. Aż tu nagle: wizja orszaku zbawionych, którzy postępują do zbawienia sześcioma drogami (znowu liczba – tym razem odpowiada liczbie sześciu pieczęci; zaś ci, którzy idą drogą siódmej pieczęci dopiero przyjdą): przestrzeń, w której ten obraz został umiejscowiony znajduje się przed tronem Boga, a czas jest skolapsowanym czasem niemal całych dziejów ludzkości (7,12). Zaraz, zaraz – „skolapsowanym”? –  czyżby autorka studiowała fizykę??? No chyba tak, bo opisując różne czynności aniołów wspominane w Apokalipsie, takie jak pieczętowanie wybranych jako obrzęd ponadczasowy (czyli włączenie do społeczności sług lub obietnica Bożego wsparcia w zawierusze nadchodzących zdarzeń oraz obietnica zbawienia) lub okrzyk anioła „nie wyrządzajcie szkody”, który zamyka w sobie wszystkie interwencje Boga w historię, autorka stwierdza, że tak to po prostu wygląda w świecie pozbawionym komponenty czasowej (7,3). Ta „komponenta”, próbująca naśladować słowo „składowa” oznaczające np. współrzędną czasoprzestrzenną, używana jest wyłącznie w środowisku matematyków i fizyków…

Pełen tekst znajdziecie pod tym linkiem.