Ratuje nas Duch Święty
Oferta specjalna -25%
Wyczyść

Jolanta Brózda: Zanim uświadomimy sobie, czym jest grzech, on już nas dotyka. Dziedziczymy go po pierwszych rodzicach, a chrzest nas z niego oczyszcza – jest „praspowiedzią”.

Wojciech Prus OP: Chrzest to dobry punkt wyjścia do mówienia o spowiedzi. Lubię pytać rodziców przygotowujących się do chrztu dziecka, co właściwie zmienia chrzest w ich potomku. Bardzo często pierwsza odpowiedź brzmi: nie wiem. Po jednym z chrztów dostałem SMS: „Pytałeś, ojcze, co się zmieniło po chrzcie… pierwszy raz od urodzenia Hani spokojnie przespaliśmy całą noc”. Kiedy opowiedziałem o tym znajomemu lekarzowi, skomentował to tak: „To efekt psychologiczny. Dziecko przeżywało, potem się uspokoiło”.

Znamy prawdy katechizmowe, ale co innego stanąć wobec sakramentu. Ktoś powie, że chrzest to „przyjęcie do Kościoła”, „obmycie” – ale tego obmycia nie widać. Kiedy zaczynamy rozmawiać o wierze, łatwiej nam się do niej zbliżać, ale nigdy jej nie zgłębimy.

A czy zbyt mocne pragnienie zgłębienia tajemnic wiary może prowadzić na manowce?

Tak bywa, jeśli zabraknie pokory. Brakowało jej na przykład gnostykom w II wieku, którzy wierzyli w tzw. ukryte objawienie Jezusa Chrystusa, dane tylko wybranym. Taka pycha zagraża i nam, kiedy zaczynamy mówić: już wiem, jestem wybrany. Chrześcijaństwo polega na tym, że coś wiem, a równocześnie im więcej wiem, im więcej przeżyłem, tym bardziej wiem, że nie rozumiem, nie ogarniam.

Lubię opowieść Ireneusza o tym, co w nas zmienia chrzest święty. Napisał kapitalny tekst: „Pan powierzył Duchowi Świętemu swoją własność, to jest człowieka, który wpadł w ręce zbójców. Nad nim sam się wzruszył, opatrzył jego rany i za niego dał dwa królewskie denary. A my, którzy otrzymaliśmy przez Ducha Świętego obraz i napis Ojca i Syna, mamy pomnożyć denar nam dany i pomnożony zwrócić naszemu Panu”. Ireneusz połączył tu Ewangelię o miłosiernym Samarytaninie i o talentach a także o płaceniu podatku cezarowi, o monecie z napisem i obrazem cezara. Pamiętamy słowa Jezusa: „Oddajcie cesarzowi, co cesarskie, a Bogu co boskie”. Ireneusz dopytuje dalej: „Jaki jest obraz i napis w człowieku?”. Odpowiedź sięga Księgi Rodzaju: człowiek został stworzony na obraz i na podobieństwo Pana Boga.

Co się dzieje z monetą, kiedy przejedzie po niej tramwaj? Jest spłaszczona i prawie nie widać obrazu i napisu. To się stało po grzechu pierworodnym – tramwaj przejechał po monecie, po człowieku. Obraz zostaje, ale zamazany, moneta staje się bezwartościowa. Nad takim człowiekiem, w którym zamazał się obraz Boga, pochyla się miłosierny Samarytanin. Zdecydował się stracić swój czas dla niego. Dla Żydów to było szokujące, bo uważali Samarytan za ludzi drugiej kategorii. Pan Jezus przewraca ich świat do góry nogami. Idzie do Samarytan, a także do prostytutek, celników i mówi swoim krajanom: „Oni będą przed wami w Królestwie Niebieskim”. Uświadomiłem sobie znaczenie tych słów, kiedy chodziłem korytarzem naszego klasztoru w Poznaniu do kaplicy. Za oknem, w bramie stała pani lekkich obyczajów. W pewnym momencie przypomniałem sobie, że ona będzie przede mną w Królestwie. Ja idę do kaplicy, a ona czeka na klienta. Dwa różne czekania i okazuje się, że to ona będzie pierwsza. Jezus rzeczywiście przewraca świat do góry nogami. Również nasz świat, świat wiary, Kościoła. Jesteśmy na najlepszej drodze, żeby mówić jak gnostycy, że wierzymy, wiemy. A Jezus najczęściej jako nauczycieli wiary pokazuje ludzi z marginesu, spoza wspólnoty, spoza Kościoła. Mówi, że proroctwo może przyjść ze strony, której się nie spodziewamy.

Wróćmy do Samarytanina, który się zatrzymuje, wzrusza, bierze pobitego na osiołka i zawozi do gospody. Tam opatruje rany i daje dwa królewskie denary właścicielowi gospody. To jest chrzest święty. Jezus się zatrzymuje przy człowieku, zawozi do gospody Kościoła, opatruje i daje denar gospodarzowi, czyli Duchowi Świętemu, żeby dbał o tego człowieka, po to, by po powrocie odebrać denar pomnożony. W gospodzie człowiek wraca do pełni zdrowia, podobieństwa do Boga. Obraz na monecie staje się coraz wyraźniejszy.

Można sobie wyobrazić, że jednym z lekarstw podawanych w gospodzie Kościele jest właśnie spowiedź?

Dla mnie spowiedź jest powtórką wzruszenia miłosiernego Samarytanina na widok pobitego człowieka. W spowiedzi jest również obecny wątek długu. Samarytanin wziął człowieka na swojego osiołka. Chrystus wziął na siebie nasze grzechy. Pismo Święte mówi, że zapłatą za grzech jest śmierć. Tak jest wtedy, gdy ktoś nam wyrządza krzywdę. Powstaje rana, strata, jest w nas mniej życia. Zostaje naruszona sprawiedliwość. Nie da się cofnąć czasu. Jeżeli rana nie jest zaleczona, a dług nie został wyrównany, zaczyna powodować następny dług, następną ranę. Dlatego Jezus wziął na siebie nasze grzechy, straty, długi i rany. Cofnął spiralę śmierci.

To jest porządek sprawiedliwości. Śmierć za grzech, rana za ranę. Wydaje mi się, że tak często traktujemy spowiedź – jako spotkanie z Bożą sprawiedliwością.

Na szczęście ratuje nas miłosierdzie. Kiedy syn marnotrawny wracał do ojca, miał swoją koncepcję odpracowania tego, co stracił. Stracił bardzo wiele, połowę majątku. Mówi ojcu: „Uczyń mnie jednym z niewolników”. Według sprawiedliwości stracił wszystko, nie może się nazywać synem, tylko niewolnikiem. Ojciec nie odpowiada na tym poziomie i to jest najbardziej zaskakujące. Mówi: „Przynieście mu sandały, płaszcz i pierścień”, czyli znaki synostwa. To scena celebracji sakramentu pokuty. Ten, który przed chwilą siedział w chlewie, przychodzi na ucztę na jego cześć wyprawioną i siada na najważniejszym miejscu. Jak on musiał się czuć?! Pewnie jak w piosence: „Co ja robię tu…”. Wiedział, że to nie jest jego miejsce, że „nie ma na to papierów”. Kiedyś w Warszawie rozmawiałem o tej Ewangelii z mamami na urlopach macierzyńskich. One solidaryzowały się ze starszym bratem syna marnotrawnego. I ja się w nim odnajduję. Przychodzi obrażony i mówi: „Nigdy nie zabiłeś koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi”. Znamy to: „ze mną nigdy nie porozmawiał, dla mnie nigdy nie ma czasu”. Starszy syn myślał w kategoriach sprawiedliwości.

Wróćmy do istoty spowiedzi. Przypomina mi się piękna i trudna książka mistyczki Adrienne von Speyr Spowiedź. Ona mówi, że pierwsza spowiedź odbyła się w Wielki Piątek i była to spowiedź Jezusa Chrystusa. On wziął na siebie nasze grzechy i stanął przed Ojcem w postawie otwarcia, w gotowości na przyjęcie Prawdy. Przyzwyczailiśmy się, że w spowiedzi chodzi o wyznanie grzechów, przyjęcie rozgrzeszenia, a Adrienne von Speyr mówi: „kontemplacja Prawdy”. W takiej definicji jest miejsce na spowiedź bez rozgrzeszenia. Czasami tak bywa, gdy ktoś jest w trudnej sytuacji życiowej, np. w kolejnym związku po rozpadzie sakramentalnego małżeństwa. Zastanawiamy się, czy wtedy jest możliwa spowiedź. Jest możliwa w perspektywie kontemplacji i uwielbiania Pana Boga w tym, że Jezus wziął na siebie nasze grzechy.

Myślimy też często o spowiedzi: jak to możliwe, żeby życie powstawało na gruzach, że mogę kolejny raz wrócić, że znowu dostanę rozgrzeszenie, chociaż cały czas mam te same grzechy? Spowiedź jest nieustannym zadziwieniem.

Nas, księży, uczono, że w spowiedzi musi być grzech, żeby było rozgrzeszenie. Czy można celebrować spowiedź, jeśli nie ma materii? Można. Kiedyś w Krakowie przygotowywałem do Pierwszej Komunii niepełnosprawnych chłopców. Mieli bardzo poważne porażenia mózgowe, autyzm, nie mówili. Spowiadałem ich, mówiąc za nich grzechy, domyślając się ich. Rozgrzeszałem ich i odprawiałem pokutę, którą sam sobie zadawałem, bo oni nie byli w stanie jej odprawić. Ktoś mógłby się zapytać, czy w ogóle takich chłopców można dopuścić do Pierwszej Komunii Świętej. Mówi się, że do tego potrzebne jest używanie rozumu. A ilu z nas wie, czym jest spowiedź, Komunia Święta? Przypomina mi się Ania, która adoptowała dwóch autystycznych chłopców, dwóch Wojtków. Opowiadała mi, jak się modlą: zdejmują krzyż ze ściany, kładą na poduszce, klękają. Kiedyś Ania podczas takiej modlitwy odeszła na chwilę. Kiedy wróciła, jeden Wojtek trzymał palec na ustach, a Pan Jezus był przykryty kołdrą…

Mówił Ojciec o cudzie Bożego przebaczenia nawet wtedy, kiedy grzechy wydają się uporczywe, kiedy nie widać postępu. Chrześcijanie w pierwszych wiekach wątpili, czy po chrzcie świętym przebaczenie poważnego grzechu w ogóle jest możliwe.

Dla pierwszych chrześcijan było oczywiste, że chrzest gładzi grzechy. Mówili, że wtedy człowiek staje się święty, wchodzi do Kościoła. Ale co zrobić, jeżeli ktoś po chrzcie upadnie przez ciężki grzech? Wtedy za ciężki grzech uważano apostazję, czyli odstępstwo od wiary w czasie prześladowania, zabójstwo i cudzołóstwo. Przyszły prześladowania i niektórzy zachowali się jak święty Piotr – zaparli się Jezusa. Powstało wtedy praktyczne pytanie – początek myślenia o sakramencie pokuty: czy można drugi raz odpuścić grzechy? To było pytanie nie o to, czy Pan Bóg może, tylko czy Kościół może. Chrzest odpuszcza grzechy, ale chrześcijanie zakładali, że człowiek już więcej nie zgrzeszy. Bóg jednak wiedział, że człowiek będzie słaby, dlatego pozwolił Kościołowi dojrzewać do celebrowania miłosierdzia. Tak więc jest klamra między chrztem a spowiedzią świętą. Spowiedź jest powtórką chrztu w tym znaczeniu, że kiedy zostaje zaciągnięty dług, Jezus przychodzi i mówi: „Proszę, żebyś mi oddał twój dług”.

Można dziś usłyszeć, że kryzys spowiedzi wynika z pomieszania pojęć poczucia grzechu z psychologicznym poczuciem winy.

Dopóki człowiek nie zacznie kochać, trudno jest mówić o grzechu. To jest zaskakujące: im bliżej człowiek jest Pana Boga, im bardziej wzrasta w miłości, tym mocniejsze przeświadczenie, że jest wielkim grzesznikiem. Wielcy święci tak o sobie mówili.

Ktoś kiedyś zadał mi pytanie: czy ludzie spowiadają się z grzechów czy z poczucia winy? W pierwszym odruchu odpowiedziałem: w większości spowiadamy się z poczucia winy, nie z grzechów. Ale to niebezpieczne sformułowanie dla naszego rozwoju duchowego. Adrienne von Speyr przychodzi nam w tym momencie z pomocą, mówiąc, że spowiedź jest otwarciem na prawdę. A prawdą jest również to, co wskutek grzechu pierworodnego utrudnia nam rozeznanie na spowiedzi. Grzech to świadome i dobrowolne przekroczenie prawa Bożego. Jednak jeśli spróbujemy bliżej określić, co to oznacza, to mamy duże kłopoty. Weźmy na przykład gniew, jeden z siedmiu grzechów głównych. Jeżeli pójdziemy na psychoterapię, od razu się dowiemy, że nieprzeżywane i nienazwane uczucie gniewu to prosta droga do depresji. Święty Tomasz z Akwinu wymienia trzy skutki grzechu pierworodnego: zaciemnienie rozumu, słabość woli i nieporządek w uczuciach. Przez to mamy trudność w rozeznawaniu, co jest, a co nie jest grzechem. Czy spowiedź, obciążona skutkami grzechu pierworodnego, jest wartościowa? Adrienne von Speyr pisze: „Spowiedź jest niewyczerpanym sakramentem, który ma więcej stron, niż możemy przypuszczać. Życia nie wystarczy, żeby go zrozumieć”.

Wszyscy dojrzewamy do tego, by się spowiadać w sposób doskonały. I jeżeli na przykład dojrzewamy do decyzji o uporządkowaniu emocji na drodze psychoterapii, to być może dzięki temu, że byliśmy wierni sakramentowi spowiedzi. Istotne jest to, że na drodze duchowej nie ma sytuacji doskonałej, w której możemy sobie powiedzieć: „Teraz potrafię rozróżnić co jest duchowe, a co psychiczne”. Próbuję się tego uczyć, jestem otwarty i wierzę, że Duch Święty dokona tego, co ma dokonać. A używa do tego niedoskonałych instrumentów, czyli przede wszystkim mnie, człowieka.

Co w takim razie zrobić z naszymi uczuciami w kontekście rachunku sumienia i wyznania grzechów? Gniew, zazdrość, lęk – to nasza codzienność.

Jeden z moich braci zapytał: czy smutek jest skutkiem grzechu pierworodnego? Gdybyśmy odpowiedzieli, że nie jest, to dowartościujemy smutek jako uczucie. A jeżeli jest – to pojawia się myśl: „Niedobrze, że jestem smutny”. Słyszymy piosenkę: „Kto się nawróci, ten się nie smuci”, doświadczamy smutku i myślimy: jestem nienawrócony. Wydaje się, że odpowiedź brzmi: smutek jest i nie jest skutkiem grzechu pierworodnego. Jest w tym znaczeniu, że zaistniała przyczyna odczuwania smutku: bo jest śmierć, jest niesprawiedliwość. Jezus mówi: „Błogosławieni, którzy się smucą”, ponieważ ten świat nie jest doskonały. Ale równocześnie smutek nie jest skutkiem grzechu pierworodnego, jeśli go potraktujemy jako dar wrażliwej reakcji na niedoskonałą rzeczywistość.

Czasem porównuję człowieka do samolotu. Uczucia odgrywają wtedy rolę lampek kontrolnych w kabinie pilota. Człowiek ma w sobie mnóstwo takich kontrolek. Gdyby samolot ich nie miał, pilot by nie wiedział, ile ma paliwa, jaki jest wiatr. Święty Tomasz z Akwinu powiedział o uczuciach, że z moralnego punktu widzenia są obojętne. To bardzo ważne. To są po prostu dary Pana Boga pozwalające samolotowi lecieć. Tomasz dzieli uczucia na przyjemne i na uczucia „pędu do walki”. Gniew należy do tej drugiej kategorii. Jeżeli biją kogoś na ulicy, we mnie może się włączyć gniew, który mówi: to jest niesprawiedliwe. Jednocześnie przeżywam lęk, czy mi się nie stanie krzywda. Mam jeszcze rozum, który mi mówi, co mogę zrobić, żeby pomóc temu człowiekowi. Ile rzeczy dzieje się naraz w człowieku!

Moja świętej pamięci ciocia – bardzo dobra pływaczka – była nad jeziorem z małymi dziećmi. Nagle ktoś zaczął się topić, więc zostawiła dzieci i skoczyła do wody, żeby go ratować. Tonący zaczął ją jednak wciągać pod wodę. Widziała dzieci na brzegu i myślała: „To walka na śmierć i życie. Zostawiam tego człowieka i wracam do brzegu, bo jeśli zostanę, to oboje utoniemy, a tam są dzieci”. Ciocia wróciła, ten człowiek się utopił. Z punktu widzenia naszych emocji to straszliwie trudna sytuacja. Czasami wtedy zapalają nam się wszystkie kontrolki naraz: gniew, smutek, niepokój, lęk. Jednym ze skutków grzechu pierworodnego jest to, że w takich sytuacjach wpadamy w panikę. Mówimy: „Dziękuję, proszę lecieć dalej samemu”. I wychodzimy z kabiny. Udajemy, że nas nie ma. Dojrzewanie do miłości polegałoby na nauce odczytywania sygnałów z kontrolek. Ale to nie jest proste, bo jeżeli się nam włączą równocześnie dwa uczucia, bardzo silne i wykluczające siebie nawzajem, to wyłączają rozum, skupiają uwagę na samych sobie. Grzech dopiero byłby tam, gdzie po zapaleniu kontrolki pojawia się decyzja, postawa, wybór. Czasami czujemy gniew dlatego, że ktoś nas źle, niesprawiedliwie potraktował. I bardzo słusznie. Gniew może pomóc nam w rozumowej refleksji: dlaczego on mnie tak potraktował, jak mogę się bronić. Ale może być tak, że zaczynamy podsycać ten gniew, wyłączamy rozum – przestajemy postrzegać takiego człowieka jako syna Bożego czy córkę Bożą. Zaczynamy widzieć w nim potwora.

Jeden z moich braci, Paweł Kozacki, opowiadał mi o swojej podróży do Chorwacji w czasie wojny między tym krajem a Serbią. Spotkał się tam z młodymi Chorwatami, którzy rozmawiali tylko o tym, żeby iść mordować Serbów, żeby się mścić, bo każdy z nich stracił kogoś bliskiego ze swojej rodziny. To, że mi zamordowano kogoś z rodziny, to coś absolutnie niesprawiedliwego. Mam prawo do uczucia gniewu. Problem polega na tym, że jeżeli się zamknę w tym uczuciu, to z niego może się zrodzić postawa zemsty. Uznam, że: „Dopiero wtedy na świecie zapanuje równowaga i sprawiedliwość, jeżeli zabiję kogoś z jego rodziny”. To jest dokładanie zła do zła – ja muszę zabić, potem on musi zabić. Spirala się nakręca.

Czy spowiedź może pomóc w sytuacji „nakręcenia spirali”, a jeśli tak, to w jaki sposób?

Przez odsłonięcie tych uczuć przed Panem Bogiem. Czasami nie potrafię rozróżnić, co jest poruszeniem gniewu, a co jest reakcją na gniew, ale mówię na spowiedzi o tym, że nie potrafię sobie z tym poradzić. Niekiedy jedno uczucie jest tak silne, że dominuje nad resztą. I wtedy potrzeba procesu uzdrawiania. W spowiedzi można go zapoczątkować albo przeprowadzić do końca. Bywa, że niezbędny jest proces psychoterapii, dlatego bardzo potrzebna jest posługa psychologów, np. kiedy ktoś stracił najbliższych w czasie wojny. Nie jest bowiem łatwo wrócić do równowagi po takich przeżyciach. Nie potrafimy łatwo rozróżnić, gdzie się kończy przeżywanie uczucia, a gdzie się zaczyna decyzja, która podlega kategoriom moralnym. Ale czy w takim razie nie można mówić o uczuciach na spowiedzi? Myślę, że można, bo przez spowiedź rośniemy, uczymy się rozróżniać.

A co z lękiem? To uczucie często towarzyszy spowiedzi. Blokuje przed pójściem do konfesjonału.

Ulubione zdanie Jana Pawła II z Ewangelii brzmi: „Nie lękajcie się”. Czy papież sugerował, że nie powinniśmy czuć lęku, niepokoju, bo są to złe uczucia? Proponuję sięgnąć do Ewangelii o obfitym połowie ryb. Pan Jezus pojawia się nad brzegiem Jeziora Galilejskiego, kiedy Piotr płucze sieci, puste po całej nocy bezowocnego połowu. Piotr – mężczyzna, fachowiec, z pewnością jest sfrustrowany. Chce wypłukać sieci, zostawić je i pójść do domu, żeby przespać uczucie klęski. Jezus przerywa jego pracę i prosi, by Mu pozwolił wejść do łodzi i z niej mówić do tłumów. Potem wracają łodzią do brzegu, a Jezus mówi Piotrowi, żeby wypłynął jeszcze raz na głębię. Piotr odpowiada: „Jezu, całą noc pracowaliśmy”. W tym zdaniu jest ogromny ładunek złości. Piotr bierze się z Jezusem za bary. Tak jakby chciał powiedzieć: „Hola, hola, czy wiesz, z kim rozmawiasz? Z fachowcem, z rybakiem, to ja wiem, jak się łowi”. Zmagają się, ale w pewnym momencie Piotr mówi: „Na twoje słowo zarzucę sieci”. Tak jakby chciał Mu udowodnić, że sieci znowu będą puste.

Możemy sobie wyobrazić przeżycia, które się w tej scenie pojawiają. Piotr wypływa, połów jest obfity, sieci się rwą. Upada więc przed Jezusem zdjęty trwogą i mówi: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”. Wyobrażamy sobie, że powinien powiedzieć „dziękuję”, „bądź uwielbiony”. A on mówi: „odejdź”. Bo czuje, że „nie ma papierów” na to, by uczestniczyć w takich cudach. Doświadcza przerażenia i lęku. Kontrolka sygnalizuje: „Uwaga, stoisz wobec Świętości”. Piotr pod jej wpływem podejmuje decyzję. Ale Jezus mówi: „Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił”. Nie sugeruje, żeby nie czuł lęku. Sugeruje zmianę decyzji. To zupełnie co innego. Jezus nie chce, żeby Piotr wszedł w postawę lęku. Sugeruje mu to, co Adrienne von Speyr nazywa postawą spowiedzi – żeby Piotr się odsłonił.

Przypomina mi się jedno z ulubionych słów Karola Wojtyły: „próg”. Pojawia się w książce Przekroczyć próg nadziei, w Tryptyku Rzymskim. Jezus mówi świętemu Piotrowi: nie bój się! Można przekroczyć próg strachu. Są za nim drzwi, Jezus prosi, żeby Piotr ich nie zatrzaskiwał. Jan Paweł II powtarzał: „Otwórzcie drzwi Chrystusowi”. Łączę to z postawą spowiedzi, odsłonięcia się na prawdę. Czy nasz rachunek sumienia jest doskonały? Nie jest. Czy potrafimy odróżniać grzechy od uczuć i postawy? Nie potrafimy. Księża są niedoskonali? Są, ale mówimy: „nie lękajcie się” i otwieramy drzwi dla Chrystusa.

Spowiedź penitenta może wpłynąć na dojrzewanie spowiednika?

Mieszkałem kiedyś przez sześć miesięcy w Gdańsku. To było błogosławieństwo, nie miałem zbyt wielu obowiązków, co bardzo pomagało w słuchaniu spowiedzi. Pewnego razu w kolejce do konfesjonału stała starsza pani w białych adidasach, takich z trzema granatowymi paskami. Kiedyś grałem w tenisa i marzyłem o takich adidasach. Gdy je zobaczyłem, o mało co mnie nie wyrzuciło z konfesjonału z wrażenia. Ta pani powiedziała: „Proszę księdza, jestem bardzo schorowana i strasznie trudno mi się poruszać. Boję się wychodzić z domu, gdy leży śnieg, bo się lękam, że się poślizgnę. Od dwóch dni jest słońce i wreszcie mogłam wyjść z domu, mogłam się odważyć”. To była cała spowiedź. Nagle sobie pomyślałem, że to prezent dla księdza: białe adidasy, opowieść starszej pani. Uświadomiłem sobie jej osamotnienie.

Zacząłem odkrywać, że pewne problemy związane z przeżyciami emocjonalnymi biorą się z osamotnienia. Dotyczy to zwłaszcza problemów z seksualnością. Chociaż żyjemy niby po rewolucji seksualnej, okazuje się, że tak naprawdę ludzie nie rozmawiają o seksualności i nie potrafią o niej słuchać. Kiedy w okresie dojrzewania rozpoczyna się burza hormonów, doświadczamy straszliwego osamotnienia. Nie ma jak sobie tego poukładać, opowiedzieć, że jest przykro, smutno, że jest dużo niepokoju, że czasami to się łączy z grzechem. Człowiek już sam nie wie, co w przeżywaniu seksualności nim jest, więc mu się wydaje, że jest potępiony. Bardzo często się zdarza, że zatrzymuje się wtedy emocjonalnie na tym doświadczeniu okresu dojrzewania. Potem ma lat 30, 40 i 50, i wciąż boryka się z masturbacją. Jest skoncentrowany na walce z tym grzechem, a może potrzeba by było dotknięcia tamtych trudnych emocji, żeby je przeżyć i poukładać przestrzeń seksualności. Dla takich trudności jest miejsce w konfesjonale, choć nie zawsze są one grzechem. W pierwszym odruchu mówimy, że masturbacja to zawsze grzech. Pewnie tak, ale równocześnie nie. Tak działają nałogi. Znajomy lekarz mówił mi, że ludzie powinni się spowiadać z palenia papierosów, bo to przecież występowanie przeciw swojemu zdrowiu. Na poziomie obiektywnym tak. Ale jakie się kryją przeżycia za paleniem papierosów? Może się okazać, że tam jest studnia. Dlatego jest miejsce na współpracę księży i psychoterapeutów. Współpracę, nie konkurencję, chociaż elementy spowiedzi pojawiają się w psychoterapii i elementy psychoterapii pojawią się w spowiedzi.

Czy to grzech czy nie? Ciężki czy lekki? A może przeciwko Duchowi Świętemu? Takie pytania, często połączone z lękiem, pojawiają się podczas spowiedzi. Jak sobie z nimi radzić?

Czasem zastanawiamy się, czy nie ma we mnie czegoś takiego, co nie będzie odpuszczone, bo Pan Jezus powiedział: „Grzechy przeciwko Duchowi Świętemu nie będą odpuszczone”. Mamy kłopot zwłaszcza z zuchwałym liczeniem na Miłosierdzie Boże. Kiedy nas ogarnia pokusa, zwłaszcza w grzechach seksualnych, mówimy sobie, że najwyżej pójdziemy do spowiedzi. I pojawia się pytanie, czy nie zgrzeszyłem przeciwko Duchowi Świętemu. Pokusa ogarnia nas całych i wyłącza nam rozum. Tak naprawdę nie mamy tutaj do czynienia z dobrowolnością. A zatem to nie jest grzech przeciwko Duchowi Świętemu. Jezus powiedział: „Komu odpuścicie grzechy, będą odpuszczone, komu zatrzymacie, będą zatrzymane”. Jeżeli my przychodzimy do Kościoła reprezentowanego przez księdza i zadajemy pytanie o grzech przeciwko Duchowi Świętemu, to ksiądz decyduje, czy grzech jest, czy go nie ma. Bo Jezus tak powiedział. Jeżeli mamy cały czas wątpliwość i niepokój, to może być nasz trud związany z emocjami, które powodują, że mamy kłopot z przyjęciem słów rozgrzeszenia. Ksiądz nam powiedział, że nie ma grzechu przeciwko Duchowi Świętemu, a my myślimy, że może się myli, nie wie wszystkiego, nie zrozumiał mnie, nie ma wglądu, rozeznania duchowego. To bardzo trudny lęk.

Jezus mocno zaufał kapłanom, skoro przekazał im moc rozstrzygania o grzechu, odpuszczania go lub zatrzymywania. My za to mamy problemy z zaufaniem człowiekowi, któremu mamy się spowiadać. Bo po co nam pośrednik przy Bożym przebaczeniu?

Bo potrzebujemy znaków. Jak na własny użytek rozeznać, kiedy grzech został odpuszczony, a kiedy nie? Jeśli mielibyśmy sami decydować, to na jaką się narażamy niepewność! Kiedy celebruję spowiedź, przez pośrednictwo drugiego człowieka, to w całej mojej niepewności mam szansę dostrzec, że dostałem rozgrzeszenie. Mogę nie być pewny, mieć wątpliwości, odczuwać lęk, ale dostałem rozgrzeszenie, mam do odprawienia pokutę. Jako młody ksiądz zżymałem się w konfesjonale na opowieści, które nie są grzechami. Dzisiaj się nie zżymam. Jeden z wątków takich opowieści to powracanie do grzechów z przeszłości. Zwłaszcza grzechu aborcji, który został odpuszczony 40 lat temu, ale bardzo często powraca w spowiedzi. Zaistniał obiektywny fakt przebaczenia, ale serce człowieka dojrzewa do tego przebaczenia i czasami potrzeba na to 40 lat. Trzeba być bardzo wyrozumiałym i cierpliwym. Dlatego wszystkim życzyłbym dystansu wobec samych siebie i poczucia humoru. Spowiadam się niedoskonale, spowiadam innych w niedoskonały sposób, a ratuje nas Duch Święty, który przychodzi z pomocą w naszej słabości.

rozmawiała Jolanta Brózda

Rozmowy o spowiedzi z Wojciechem Prusem OP, które ukazały się na łamach naszego miesięcznika: Przywracanie życia „W drodze” 4/2002, Siedemdziesiąty siódmy powrót „W drodze” 2/2003 oraz Kamienie i łzy „W drodze” 2/2005.

Ratuje nas Duch Święty
Wojciech Prus OP

urodzony 10 kwietnia 1964 r. w Poznaniu – dominikanin, rekolekcjonista, patrolog, duszpasterz wspólnoty Lednica 2000. Jako nastolatek należał do duszpasterstwa młodzieży przy poznańskim klasztorze, które wówczas prowadził...

Ratuje nas Duch Święty
Jolanta Brózda-Wiśniewska

urodzona w 1974 r. – dziennikarka, publicystka, krytyk muzyczny, absolwentka Akademii Muzycznej w Poznaniu. W latach 2000-2008 dziennikarka działu kultury "Gazety Wyborczej" w Poznaniu. Publikowała także w "Uważam Rze", "...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze