Pięknaś ino po kolana
fot. natallia nagorniak NVkU0Q / UNSPLASH.COM

Kiedyś poszedłem do piekarni i zapytałem: Czy byłby pan łaskaw zapakować? Hipster, który tam pracował, popatrzył na mnie dziwnie, zastanawiając się chyba, czy go nie obrażam.

Katarzyna Kolska, Roman Bielecki OP: Pisze pan dużo książek dla dzieci? Ostatnio widziałem tę o Fryderyku Chopinie. Fantastyczna. Skąd pomysł, by zająć się literaturą dla dzieci?

Michał Rusinek: Mógłbym najprościej odpowiedzieć, że z niskiej żądzy zysku. Jakiś czas temu zamówiono u mnie duży zbiór wierszy dla dzieci. To był pewnego rodzaju eksperyment i ryzyko, bo nie było gwarancji, że ktoś to kupi. Sprzedało się 40 tysięcy egzemplarzy! Ale oprócz zysku są też ogromna frajda i zabawa.

Przez wiele lat stał pan u boku Wisławy Szymborskiej jako jej sekretarz. Obcował pan z poezją najwyższych lotów, a zajął się pan literaturą dla dzieci.

Ale co, że nie pasuje, nie licuje? Że to wysoko, a to nisko? Nie ustawiałbym obu gatunków piętrowo, to po pierwsze. Po drugie, postawiłbym gdzie indziej granicę. Mam bardzo rzemieślnicze podejście do tego, co robię. Prowadzę zajęcia z tak zwanego creative writing w podyplomowym studium literacko-artystycznym, do którego często przychodzą uduchowieni poeci, którzy mówią, że wydali już ileś tomików wierszy, a ja w ramach zajęć proszę, żeby napisali rymowankę dla dzieci. Im się wydaje, że to jest zejście poniżej pewnego poziomu, a tymczasem to jest mierzenie się z wcale nie najłatwiejszą formą. Zwyczajne rzemiosło. Sprawdzenie, czy umiem malować farbą olejną tak samo dobrze jak farbą wodną. Zaczęliśmy już naszą rozmowę?

Zaczęliśmy. Interesuje nas wątek uduchowionych. Przeglądaliśmy dzisiaj Pypcie na języku [zbiór felietonów Michała Rusinka – przyp. red.], zapłakując się co chwila ze śmiechu. Są tam między innymi historie z kościelnego podwórka. Czy pana zdaniem język religijny jest zrozumiały dla człowieka, do którego jest adresowany?

To jest pytanie jak ocean i żeby na nie uczciwie odpowiedzieć, trzeba by dokonać jakiejś precyzyjnej analizy. Nie jestem księdzem profesorem Wiesławem Przyczyną, który się tym zajmuje i nasłuchuje od wewnątrz i z zewnątrz, i jest bez wątpienia najbardziej kompetentną osobą, jeśli chodzi o ten temat. Ja kiedyś wymyśliłem książkę dla dzieci pod tytułem Jak robić przekręty. Dzieci, ucząc się języka, tak jak uczą się chodzić czy posługiwać się nożem i widelcem, popełniają zabawne błędy. Przy okazji jednak współtworzą język, bo wprowadzają różnego rodzaju neologizmy, które potem przez długie lata funkcjonują w ich rodzinach. Dlatego mój pomysł był taki, żeby rodzice nie poprawiali dzieci, nie bili ich po łapach, nie kazali im klękać na grochu, tylko żeby spisywali te słowa. W czasie, kiedy pracowałem nad tą książką, zostałem zaproszony do programu Dzień Dobry TVN i poprosiłem, żeby rodzice przysyłali zabawne słowa swoich dzieci. Zatkaliśmy serwery TVN-u. W ciągu godziny dysponowałem materiałem, który w normalnych warunkach językoznawcy zbieraliby parę lat. Coś nieprawdopodobnego. Trzy czy cztery tysiące bardzo ciekawych słów, w tym cudownych przekrętów, także – nazwijmy to tak – języka religijnego, choć może trzeba by było powiedzieć kościelnego. To były słowa usłyszane podczas śpiewania kolęd, które są napisane bardzo archaicznym językiem, i różnego rodzaju pieśni kościelnych – umówmy się – na różnym poziomie literackim. W każdym razie jest mnóstwo słów dziecięcych, które pokazują, że jest to język hermetyczny, trudny i tak naprawdę abstrakcyjny. Dzieci mówiły na przykład: P

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się