Literatura jest dla mnie formą duchowej higieny

Literatura jest dla mnie formą duchowej higieny

Krzysztof R. Jaśkiewicz: od jakiegoś czasu mnich w opactwie trapistów w Aiguebelle, pisarz w chwilach wolnych, a chyba od zawsze baczny obserwator naszej codzienności kształtowanej przez to, co w nas piękne i co w nas ułomne. Słowem: przewodnik po pustyni, którą nosimy w sobie. Ojcowie pustyni powiadali, że pustynia to albo „raj”, albo „piekło”, albo jedno i drugie zarazem. Miejsce, gdzie można spotkać Boga, ale i gdzie można napotkać diabła; gdzie granica między dobrem a złem jest wyraźna i czytelna jak nigdzie. W końcu, miejsce, gdzie nie można ukryć się za pożyczoną tożsamością. Czym ta pustynia, której tak w nas pełno, jest dla Ojca?

Michał Zioło OCSO: Odpowiem natychmiast, bo to się nosi w sercu. Pustynia dla mnicha nie jest stanem permanentnego pomieszkiwania, lecz przestrzenią i czasem do przejścia. Duchowy cykl mnicha to przejście od pustyni do ogrodu, a z niego znów wychodzi się na pustynię. W naszej duchowości jest zachowana pewna istotna równowaga, dlatego że Bóg ma nam do zakomunikowania ważne rzeczy o nas na pustyni, ale także…

…o nas w ogrodzie.

Właśnie. I o tym trzeba pamiętać. Ważne więc, kiedy jesteśmy na pustyni, by mieć świadomość, że jest ogród, gdy zaś przebywamy w ogrodzie, że jest pustynia. To bardzo pedagogiczne.

Innymi słowy, mając na uwadze „jasną stronę mocy”: przed nami droga od ogrodu do ogrodu i… pustynia.

Tyle że pustynia nie jest do zamieszkania. Ona jest do przejścia.

Dlaczego?

Ponieważ z ogrodu zostaliśmy wygnani, więc… nie można się tak naprawdę nigdzie zakorzenić.

Dlatego pustynia? Dlatego wędrówka?

Mnich – choć nie tylko on – jest „człowiekiem w ruchu”. Cały czas determinuje go jakaś dynamika, siła, która w nim jest i którą Pan Bóg przez zmiany czasu, miejsca oraz przestrzeni w wiadomy sobie sposób kanalizuje… Inaczej by nas rozerwało na kawałki.

No dobrze, ale jak homo viator, który zamieszkuje nie pustelnie na obrzeżach miast czy też w pewnym oddaleniu od nich, ale w samym ich sercu, jak ktoś taki ma rozeznać w sobie ów „ruch pustyni”, drogę przez pustynię do oazyogrodu i potem do kolejnej oazy, która prawem wzrostu ma go otwierać na kolejne, wciąż nowe przestrzenie? Jak właśnie ten „mnich w mieście”, człowiek współczesny, ma sobie radzić z jaskrawymi światłami miast, słowami, które pobrzmiewają w kakofonii dźwięków? Jak ma wyłonić prawdziwe słowa i światła, te, które będą mu drogowskazami?

Podam taki przykład. Przed przylotem do Polski spałem w pokoju hotelowym w Lyonie. Blisko lotniska. Lotnisko to rzeczywiście symbol, powiedziałbym…

…transgresji.

Transgresji planetarnej. Otworzyłem okno. Patrzę. Samoloty śpią, stoją sobie rzędem. Piękne reflektory… Czerwone światło startowe… Światła zielone, niebieskie. Nadlatują ostatnie samoloty. Lądują. Towarzyszy temu ogromny hałas. W pewnym momencie powiedziałem: „Boże, dzięki Ci za to, za ten widok. Świat jest piękny. Lotnisko jest piękne”. Ten obraz uświadamia, że patrząc na neony, które migają, doświadczając agresji obcych dźwięków, świateł, musimy w pewnym momencie przystanąć i spojrzeć na to z trochę innej perspektywy. Zobaczyć na nowo… To ważne, żeby spróbować dojrzeć drugie dno: tego krzykliwego neonu, Warszawy, huku…

…by zrozumieć, że nawet światła miasta są jakimś refleksem światła prawdziwego?

Na pewno sygnałem, że jest światło inne. Przede wszystkim trzeba zacząć od ogromnej akceptacji tego, co jest wokół mnie. To jak z najnowszym sloganem cocacoli: „Open happiness”.

„Otwórz się na szczęście” albo – może lepiej – „Otwórz szczęście”.

Tak! Analiza, czy istotnie tak jest i czy to mi coś daje – otwarcie tej cocacoli – nie jest w tym momencie ważna. Ważne, by… „otworzyć”, by… „się otworzyć”. To jest do zaakceptowania i to jest dobre. Hm… Pomyślmy: wystrzeliło nas w kosmos i nie możemy wrócić. Ziemię tylko widzimy. Jest niebieska i taka daleka. I nagle ten rodzaj ludzki, ci moi koledzy fatalni, zazdrośni; profesor, który mnie utrącił na maturze; ten cały zgiełk; to wszystko, czym tak pogardzamy, nagle okazuje się takie piękne… Dobre. I mówię: „Panie, zaakceptuję wszystko, tylko wróć mnie na Ziemię”. Prawda? [śmiech]

W rzeczy samej.

Myślę sobie – a to chyba wyższa szkoła jazdy – że każdy z nas powinien umieć powiedzieć: przyjmuję to, co jest mi dane dzisiaj, co pewnie mam przyjąć. Tu i teraz. I spróbuję się nie denerwować, że nie jest to do końca po mojej myśli. Teraz rozmawiamy. Jesteśmy razem. Należy więc myśleć o tym, co „teraz”, nie zaś o tym, co jeszcze zrobię, gdy nasza rozmowa się skończy. Tego „potem” mogę przecież nie dożyć. Ważne jest „teraz”.

Wracam do problemu mnicha we współczesnym świecie, w mieście. Pierwszy krok polega na zobaczeniu, że świat, to miejsce dane mi przez Boga, drugi zaś na znalezieniu sobie w tym miejscu jakiejś niszy. I to niszy fizycznej. Co to znaczy? Mieć miejsce, do którego potrafię wrócić czy też lubię wracać. Znajdziemy je poprzez pomniejszanie przestrzeni, czyli: jest miasto, potem moja dzielnica, potem mój dom, a w domu jeszcze muszę mieć…

…swoją samotnię.

Dobrze powiedziane: samotnię. Moją norę, do której mogę się schronić na jakiś czas. To mogą być minuty. Ktoś powie, że takie zachowanie jest aspołeczne. Nieprawda. To mój czas, dla mnie. Z przedmiotami, które lubię, które mnie otaczają. Moimi. Czy to już starokawalerstwo? A może dziwactwo? W żadnym razie, to zwyczajna miłość przedmiotów.

Ojciec Wojciech Prus, dominikanin, nie tak dawno przeze mnie odpytywany, wyznał, że lubi mieć w swojej klasztornej celi książki. „Nawet – mówił – nie muszę ich wszystkich przeczytać, bo to, że są, poniekąd znaczy, jakby byli u mnie ich autorzy. Czasami sięgam po tego, innym razem po kogoś innego. Mam w ogóle kłopot z tym, że czytam równocześnie kilka książek i rzadko którą kończę. To tak jakbym za najciekawszą uważał rozmowę, którą dopiero podejmę”.

Rzeczywiście… Książki to istoty żywe. Proszę zobaczyć, wchodzimy do takiego pomieszczenia i jesteśmy wśród przyjaciół. Książka jest jak człowiek, biorę, otwieram, nie protestuje… Zamykam. Odkładam. Bywa, że odkrywam w niej coś, czego do tej pory nie widziałem. I proszę zobaczyć, ani słowa nie powiedziałem jeszcze o modlitwie… Tymczasem, co zaskakujące, to nie żadna psychologia, a kolejne kroki prowadzące mnie do rzeczywistej kontemplacji. Dopiero teraz, nabrawszy sił, mogę – kolokwialnie rzecz ujmując – zejść, mogę być miły, mogę rozmawiać. Mogę też uczestniczyć w konfliktach.

Ale inaczej.

Inaczej. A gdybym – co nie jest możliwe w każdym przypadku – do tego, co mi bliskie, dodał osobę, którą kocham, będącą akurat w tym samym miejscu, pod tym samym dachem, to do „miejsca”, które pomaga mi odzyskać równowagę, dodaję „przyjaźń”, układ, który mnie jakoś umacnia, chroni. Wszystko to mamy na co dzień, tylko tego nie dostrzegamy, albo – co niebezpieczne – chcemy wszystkiego za dużo. Więcej.

Wspomniał Ojciec, że do tej pory nie padło słowo „modlitwa”. Czy nie dlatego, że – jeśli jest się mnichem w mieście – łatwiej nam o kontakt z drugą osobą niż z Bogiem? Bo ona jest fizycznie obecna. Nierzadko na wyciągnięcie ręki. Choć, jak czyta się teksty Ojca, nabiera się przekonania, że Bóg jest jeszcze bliżej, aniżeli ktoś nawet bardzo kochany. Że jak w zwierciadle, nie wiedząc o tym, przeglądamy się w Nim – jeśli naprawdę chcemy się poznać. Zresztą, kiedy zapuścimy sondę w głąb siebie, zobaczymy właśnie Jego, a nie własne ego.

Prawda, siebie nie zobaczymy. To bardzo ważna uwaga, że w sobie napotykam Kogoś, do kogo mogę skierować swoje słowa.

I nie trafiają one w pustkę.

Nie. My, trapiści, praktykujemy taki moment modlitwy, który nazywa się oratio, obok lectiomeditatio. Bywały spory co do tego oratio. Czym ono jest? Czy to pobożne myśli: „Panie, oto jestem przed Tobą”? Czy może nawiązanie realnego kontaktu z Panem Bogiem? Za pomocą własnych słów. Bardzo prostych, czasem nawet pełnych przemocy. Stanęło na tym, że w oratio to ja mówię. Co ważne, do Pana Boga, wierząc, że jest i że mnie słucha. Mówię zaś Mu o tym, co w tej chwili przeżywam.

I mówię to, co On już i tak wie.

Właśnie! Lecz, choć On to wie, ja muszę to powiedzieć. Niektórzy powiadają: „Wiesz, ty mówisz, żeby siebie usłyszeć”. Nieprawda. Mówię dlatego, że mam język i jestem tak stworzony, nie komunikuję się z Bogiem przez myśl, tylko przez słowo.

Podobnie semici uważają: żeby cokolwiek zaistniało, musi zostać wypowiedziane.

Musi.

Dlaczego zatem nie używano imienia Boga, lecz uciekano się do rozmaitych peryfraz?

Tym sposobem nie nadużywano tego Imienia. Nie zawłaszczano go. Ale myślę, że ważne jest, żeby się w pewnym momencie odważyć – jak Karomenya, mój bohater Listów do Lwa – i patrząc na świat, powiedzieć Bogu: „Nic jest nie w porządku!”. Po co mam o tym mówić, skoro to jest wiadome? A właśnie trzeba to powiedzieć. Trzeba powiedzieć na przykład o swoich grzechach, dlaczego je popełniłem.

Przecież Bóg to wie.

Mimo to trzeba powiedzieć: „Panie, zgrzeszyłem, ponieważ bardzo lubię jeść kaszankę”. „Jak można – zapyta Bóg – lubić kaszankę?”. „Ale ja lubię – odpowiadam. – I zgrzeszyłem”. Albo muszę wyznać: „Kochałem rzeczywiście tę kobietę miłością przekraczającą wszystkie granice. Wszelki wstyd”. Trzeba to wszystko przed Panem Bogiem wypowiedzieć. To proces nieustannego wypowiadania siebie, tego, co człowiek pragnie, co przeżywa, czego pożąda.

Ale czy nie jest trochę tak, że ten proces wypowiadania się bywa czasami aż nazbyt twórczy? Mam na myśli próbę swoistego zagadania Pana Boga albo i chęć oszukania Go. „Listy do Lwa”, które już Ojciec przywołał, wydają się znakomitym komentarzem do jakości naszych rozmów z Bogiem, ale i z samym sobą. Są – przynajmniej dla mnie – alegorią naszego dojrzewania, czego subtelnym wyrazem, papierkiem lakmusowym, staje się dynamiczny obraz Stwórcy. Tak można je czytać. Oto Karomenya – bohater owej opowieści i poniekąd autor – na początku wcale nie kryje się z tym, że powątpiewa we wszechwiedzę Boga. Jest przekonany, że Lew nie wie wszystkiego. „Jeśli Ty wszystko wiesz, co ja niby zrobię – powiada Karomenya – to ja mogę za chwilę nie zrobić tego, co pomyślę, że zrobię”. Ten obraz Boga ewoluuje. W końcu Koromenya pojmuje to, co zapisał Ojciec w swym „Dzienniku Galfryda”: „Bóg wie. Bóg zna wszystko. Składam swoje życie w Jego ręce”. Dzieje się to w chwili bardzo symbolicznej: będącej pożegnaniem starego człowieka i zarazem powitaniem nowego: „Ogniu – krzyczy Karomenya – otwórz się, ogniu! Karomenya wstępuje do nieba!”. Mamy więc i symboliczne oczyszczenie, i zjednoczenie, i przejście. Nie koniec więc, a początek?

To właśnie miałem na myśli.

Rodzi się więc pytanie: czym jest dzisiaj literatura? Dla wielu to piąta Ewangelia, locus teologicus, choć niedoskonały, wciąż jednak ważny. Czym jest ona dla Ojca?

Literatura dla mnie, pomijając te wszystkie snobistyczne sformułowania, to historia do opowiedzenia albo historia do opowiadania. I myślę, że jeśli będziemy umieli opowiedzieć historię, to literatura przetrwa. Oczywiście, zaistnieje w eksperymentach, skandalach, ale przetrwa jedynie w mądrze i umiejętnie opowiedzianych historiach. Dlaczego? Bo literatura jako historia, opowieść, posiada jakiś trudny do wytłumaczenia czar. Niestety, również pozostawia mnie z poczuciem niedosytu, że… życie tak nie wygląda. Często zastanawiam się nad konstrukcją opowiedzianej historii. Rodzą się wtedy, że się tak wyrażę, wątpliwości etyczne, ponieważ dobrze opowiedzieć historię, to uciec się do podstępu. Ostatnio przeczytałem piękny wiersz Julii Hartwig, którą strasznie kocham. Bez Nobla brzmi autentycznie. I niech tak zostanie. Chodzi o tekst Do Williama Karola Williamsa, pełen pretensji, że adresat nie pomógł jej w rozwiązaniu dylematów, przed którymi stanęła. Czytając Williamsa, też poetę, zauważyła, że on przez całe życie chciał pisać tak, jak się mówi, jak życie podaje język. I stwierdził w końcu, że „w poezji nie da się mówić wprost jak w życiu”. To było dla niej największe odkrycie: że historia spisana wymaga „zabiegów kuglarskich”, czyli tego, by w odpowiedniej chwili wyciągnąć królika. [śmiech] Innymi słowy, trzeba umieć wciągnąć czytelnika w nurt opowieści. I tak ją skondensować, by doprowadzała do amoku. Potem lekko popuścić. Ale to nie jest etyczne, choć niektórzy powiedzą: „sztuka”, jak by samo to słowo już rozgrzeszało. Tymczasem dokonuje się pewna manipulacja polegająca na wydobywaniu z rzeczywistości tego, co w niej najciekawsze, i przelewaniu uzyskanego tym sposobem kondensatu na papier. A życie tak nie wygląda. Tak ciekawe jest tylko w powieści, w opowiadaniu. Tymczasem bywa zwykle bardziej tragiczne. Mniej tragiczne wydaje się zaś dlatego, że rozciągnięte jest w czasie. Na lata. Dłuższe niż choćby kilkaset stron. Chcę przez to powiedzieć, że jeśli mam oglądać życie: ludzi w kawiarniach, idących spiesznie ulicą, obejmujących się, zapłakanych, to wolę ich oglądać na żywo niż w literaturze. Życie. To mnie pociąga.

No tak, Jan Grzegorczyk zauważył, że Ojciec jest mistrzem dyskretnego podpatrywania. Jak on to mówi: podpatrywania con amore. Bo owe obserwacje nie służą temu, żeby potem grać kartą wiedzy o drugim człowieku, jego słabościach bądź jego wydumanej wielkości, ale by tę wiedzę wykorzystać ku pożytkowi człowieka, podając to, czego być może mu brak.

Rzeczywiście, jako człowiek jestem dość żarłoczny, dużo pochłaniam. Wydaje mi się, że Pan Bóg dał mi dar obserwacji, nie wiem, jak on działa, ale rozumiem, że dał mi to łaknienie, by mnie uchronić od samego siebie. Bo jeśli człowiek myśli o drugim, jaki on jest strasznie interesujący, zapomina o sobie.

[śmiech] Ale czy nie trzeba mieć pokory, aby się zachwycić drugim? Czy pisarz to aby nie ktoś, kto winien z pokorą spoglądać na świat?

Ale pisarz nie jest nigdy pokorny.

Nie?!

Nie!

Zawsze jest pyszny?

Tu wchodzimy na grunt już opisany przez profesora Czesława M. z Berkeley.

Notabene noblistę, którego wciąż czytamy.

[śmiech] W stu procentach się z nim zgadzam. Otóż Miłosz kiedyś wyznał, że pisarz nie dość, że jest kuglarzem, to także jest garbusem, który walczy z innym garbusem o to, by przyjęto go do stołu pańskiego. Rywalizują, który z nich w istocie jest bardziej śmieszny, a motorem tych turniejowych potyczek jest zazdrość. Potworna zazdrość.

„Obiad w towarzystwie innych pisarzy – stwierdziła Celia Brayfield, brytyjska pisarka – to żadna przyjemność. Wykazują kiepską ogładę towarzyską, słabą higienę i toksyczną zazdrość”.

Zgadzam się. Lubią gadać o swoich tylko przeżyciach. Kulturalnie poklepią cię po ramionach i powiedzą, że wszystko jest dobrze. Udadzą nawet, że słuchają, lecz w pewnym momencie, kiedy zaniknie czujność, przypuszczą atak. I jesteśmy wzięci nie w ramiona, a w kajdany literatury. Tak… tak… choćby mówili, że są prości, że sadzą marchewkę i bardzo kochają konie, to nie wierzmy im. Tym sposobem kupują naszą wierność, uczucia, porywają serca. Tymczasem oni są zawsze gdzie indziej. Nigdy nie są z nami do końca. I to jest problem pisarza.

Niemniej nierzadko udaje im się nazwać to, co w nas ukryte przed słowami. Ująć w nie dotychczas „nienazwanąprawdę”. Zapisać. Głośno w imieniu czytelnika powiedzieć. By w końcu wybrzmiała i zaczęła pulsować rytmem życia, budząc się z letargu. Półsnu. Czy nie dlatego wielu czytelników oczekuje od autora, że on będzie tym, który to uczyni, albo i wskaże drogę? Czy Ojciec czuje to brzemię na sobie?

Nie. Tu muszę powiedzieć z całą pychą, na jaką mnie stać, że nie. Mam zbyt duży dystans do samego siebie, żebym mógł o sobie myśleć jak o… przewodniku… Nie nadaję się do tego. Powiem panu dlaczego. Dlatego, że wiem, jaki jestem w środku. To nie jest ciekawe. Ciekawe jest dopiero to, że Pan Bóg daje mi tę świadomość, że jest. To u mnie bardzo mocne. Ja nigdy nie miałem kryzysu wiary. I to nie zależy od moich grzechów. Nie zależy od tego, jaki jestem. Tak jest. Po prostu. Stąd, gdy piszę, najważniejsze jest dla mnie podzielenie się doświadczeniem Jego obecności. Ja Bogu mówię wszystko, tak, jak to przeżywam. On jest dla mnie Ojcem. Nie mogę sobie Boga wyobrazić inaczej. Dlatego, gdy przychodzę do Niego, to po prostu mówię: „Wiesz, dzisiaj było nieciekawie, skrewiłem totalnie” albo: „Było wspaniale”. I wiem, że Pan Bóg mówi: „Nie ciesz się, nie ciesz, bo ci się w głowie przewróci”. On ze mną tak rozmawia, On ze mną gada jak ojciec. Nie mówi nigdy: „Będziesz posłany, więc uważaj”, tylko: „Zobaczysz, zobaczysz, jeszcze się nałykasz tych radości”. Na co ja odpowiadam: „No zobaczę, ale teraz się cieszę, więc pozwól, że się będę cieszył”. „Ciesz się – powiada. – Pozwalam, tylko chciałem cię ostrzec”. Dziwię się więc, że niektórzy sądzą, że jestem radykalny. Że niekiedy moje słowa tną jak miecz. Niedawno nawet usłyszałem, że dla mnie życie jest czarnobiałe.

Tymczasem bywa i szare.

Tak mówią.

Ale prawda sama w sobie jest radykalna?

Myślę, że tak. Ja – choć do niej nie dorastam – muszę ją wypowiedzieć. Koniec. Na tym polega chyba mój radykalizm. Wiem, że mogę tę prawdę zdradzać, ale wiem też – wbrew temu, co mówi dziś świat – że ona jest jedna.

W tym pewnie należy szukać siły pisania, nawet pewnej magii, gdy słowo staje się świadectwem o tym, co najważniejsze. Zresztą dzisiaj mówienie o Bogu ma szansę przebić się do świadomości czytelnika o tyle, o ile jest… słowem świadka. Ważny też jest język: nie hieratyczny, pełen rytualizmów, ziejący formalną pustką, pełen dźwięków, które być może nic nie znaczą, ale nabrzmiały treścią spotkania, będący głosem kogoś, kto rozmawia z Nim twarzą w twarz.

I to właśnie kontekst, bo słowo, nawet to prawdziwe, jeżeli zostanie wyrwane z kontekstu, czyli – powiedziałbym – z doświadczenia, może być odebrane jak kłamstwo. Gdy o tym myślę, nasuwa mi się pewna scena z Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa.

Uznano ją ostatnio za powieść satanistyczną.

Nie. [śmiech] To okropne… Niedorzeczne. Hm… A ja i tak kocham tę scenę, kiedy Berlioz z Bezdomnym rozmawiają na temat napisanego przez Bezdomnego poematu, w którym dowiedzione zostaje, że Jezus nie istniał, bo się… nie narodził. Gdy więc panowie literaci rozmawiają, nadchodzi diabeł. Zbliża się do ławki, na której siedzą, i się przysiada: „Jeśli dobrze usłyszałem, to był pan łaskaw stwierdzić – mówi do Berlioza – że Jezus w ogóle nie istniał?”. Ten potwierdza: „Nie przesłyszał się pan”. Po czym dodaje, że brak jakichkolwiek dowodów i świadectw, by można myśleć inaczej. Diabeł się temu sprzeciwia: „Nie trzeba żadnych świadectw. Wszystko jest bardzo proste. Jezus istniał i tyle. Ja tam byłem!”. Po czym zaczyna opowiadać, co widział i słyszał w pałacu Piłata i na Golgocie. Nagle się wścieka: „A co – krzyczy – diabła też nie ma?”… To rzeczywiście bardzo mądra powieść. Ukazuje kontekst prawdy, o którym mówiłem. Ludzie, gdy słyszą jakąś opowieść, pytają: „A skąd ty to wiesz?” . Wtedy mówię: „Ja tam byłem”. Myślę, że w to, co piszę, gdyby wyrwać to z kontekstu doświadczenia, też można by powątpiewać. „Przecież – słyszałem to nie raz – nie wyglądasz na bardzo świętego. Nie widzimy, żebyś tak dużo się modlił”. Wtedy odpowiadam: „To jest moje doświadczenie, to były wydarzenia, które mnie naznaczyły… One wszystkie pochodzą od Pana Boga”. Cóż, mogę być niewierny, mogę być łotrem, ale wiem, że On był, że przeszedł, że jest. To pierwsze i najważniejsze świadectwo, które noszę w sobie. Czy ktoś w nie uwierzy, czy nie, to już mnie nie obchodzi… Ważne, że to jest we mnie.

Słowo prawdy, w tym, który wątpi, rodzi istotną wątpliwość, co do zasadności dotychczasowej postawy, bo staje się zaczynem refleksji. Można wówczas – reagując – uciec się do półprawd i pozorów, które uciszą świadomość, bądź też dać się porwać temu pierwszemu poruszeniu, temu słowu, które zaczyna, niczym kret, drążyć w tym, co już zarosło opiniami świata, przyzwyczajeniami.

Dlatego Jezus opowiada przypowieści, czyli historie. Na przykład o Łazarzu i bogaczu. Żył sobie człowiek bogaty, który dzień w dzień ucztował wystawnie, i był sobie Łazarz, który codziennie…

…leżał u jego progu.

Proszę zobaczyć, Jezus nie mówi, czy to jest złe, czy dobre. Opowiada. Nam pozostawia wybór. I nie ma tu żadnej agresji, tylko mądrość. „Synu, za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz cierpiał niedolę; teraz on doznaje pociechy, a ty męki cierpisz”. Potem słyszymy orędzie dotyczące mocy słowa: „Jeśli Mojżesza i proroków nie słuchają, to choćby ktoś z umarłych powstał, nie uwierzą”. To ważny tekst o mocy słowa osadzonego w historii. Czasem myślę, może naiwnie, że lekarstwem dla świata, wątpiącego i zniszczonego, byłoby opowiedzieć historię.

Ale historię prawdziwą.

Inna nie poruszy.

Karomenya, powołany do życia w „Listach do Lwa”, powiada, że „jedyne, co warto wiedzieć, to skąd się pochodzi, jakie jest imię ojca i jego ojca, matki i jej matki”. Słowem: ważne są korzenie. Czy jeśli chce się opowiadać prawdę, nie jest tak, że zawsze trzeba sięgnąć do tego, co było na początku?

Zawsze. Dodam jeszcze, że trzeba zadać sobie pytanie: kto mówi? To pytanie do samego siebie, pytanie o własną godność. W moim wypadku to istotne, właśnie imię, potem jeszcze jedno imię. Zresztą dziś jest moda na prozę regionalną, na małe ojczyzny. Myślę, że kryje się za tym pragnienie zakorzenienia, opisania pochodzenia: od kogo? z czego? Towarzyszy temu głęboka idealizacja. Tymczasem ten świat dzieciństwa nie był aż taki idealny. Mój był brudny, cuchnący, pełen przemocy, chamstwa… Z niego pochodzę. Wtedy mówię to jako „ktoś, kto” to przeżył, zna, wie. To autentyczność. Rzecz bardzo ważna w przekazie. Myślę sobie, że gdy ktoś chce powiedzieć prawdę, musi mieć szczególny paszport…

…dziedzictwo.

Właśnie: „dziedzictwo”. Stąd kiedy mnie zapytają: kim ty jesteś?, skąd?, muszę odpowiedzieć. Pokazać. Dać świadectwo. Jest w Dziejach Apostolskich scena, w której zły duch rzuca się na czyniących egzorcyzmy w imię Jezusa: „Znam Jezusa i wiem o Pawle, a wy coście za jedni?” – pyta. Zatem? I ja muszę pokazać diabelskiemu światu, skąd jestem.

Topos „dziedzictwa” jest ciągle obecny w literaturze. Eliot twierdził, że teraźniejszość i czas, który minął, są obecne w przyszłości, a ta zawarta jest w przeszłości. Tego zderzenia czasów doświadcza Karomenya. Gdy nadchodzi koniec i początek zarazem, pojmuje przeszłość, która doprowadziła go do tego konkretnego punktu przyszłości. Właśnie: przyszłość. Śmierć… I co dalej? Niebo czy piekło, a może tylko pustka, nicość?

Albo niebo, albo piekło. Niebo to codzienność przeżywana po ludzku. Myślę, że każdy z nas nosi je w sobie. Pragnę, żeby było ono tym, o czym Jezus mówi: „Że ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, co Pan przygotował dla tych, którzy tam pójdą”. Warto sięgnąć po analogię i opisywać je za pomocą tego, co nazywamy szczęściem, miłością, przyjaźnią. Na pewno w niebie ich nie zabraknie. A wszystko inne? To fioretti – kwiatki – na które nie trzeba zwracać uwagi. Chciałbym też, żeby niebo w pewnym sensie było i materialne, żebym mógł wreszcie zobaczyć Tego, którego kocham.

A jest inaczej? Tomasz na obrazie Caravaggia wkłada w bok Chrystusa palec! I to głęboko! Aż po drugą kostkę!

To prawda. Niemniej tam wszystko będzie inne. Przemienione.

A czy piekło będzie puste, jak chcą tego niektórzy teologowie?

Obawiam się, że nie będzie puste. Dlaczego? Bo piekło to problem wyboru. Do piekła się przygotowujemy. W pewnym sensie schodzimy z tego świata zapisani. Nie chciałbym wypowiadać się w imieniu Boga Ojca, ale trzeba chyba nam się przerazić, że możemy coś stracić. I to teraz, dziś, kiedy jeszcze decydujemy. Dlatego ten wątek rzeczywistego przerażenia powinien być w naszym życiu duchowym obecny, tym bardziej, że chodzi o to, co ostateczne. Powiem tak: bardzo nie lubię „kumpelstwa” z Panem Bogiem. On w swojej dobroci jest kimś poważnym. Nie można Nim manipulować. Pozostaje przy tym cierpliwy, daje czas na poprawę, czeka, aż dojrzeję do tego, co dla mnie ma, co chciałby mi powiedzieć.

By jednak tak postrzegać Boga, potrzeba nam doświadczenia tej drogi, którą przebywa Karomenya. „Listy do Lwa” – mówiąc krótko – to barwnie opowiedziany proces „dojrzewania”, symboliczny zapis ludzkiego losu. Wciąż do nich wracam, bo to lektura niezwykła. Pulsująca świeżością widzenia tego, co w nas może jeszcze wciąż „nienazwane”. Zresztą, za „Listy” otrzymał Ojciec Nagrodę Feniksa. W uzasadnieniu jury napisano, że to książka „przesycona duchem poetyckiej kontemplacji, pełna prostoty i literacko nienaganna. W świecie promowanym przez współczesną literaturę jest oddechem mądrości i zachętą do pokornego postrzegania rzeczywistości”.

Proszę sobie wyobrazić, że tak odczytało Listy niewielu. „Ona jest odjechana, Michał” – to najczęstsza z opinii. Inni dodawali, że to „irracjonalna proza”. Nie bardzo wiedziałem, co na to powiedzieć. Bo to opowieść prosta. I po kilku takich rozmowach Lew na mojej półce pokrył się kurzem. Nawet na niego nie patrzyłem. Nie żebym się książki wstydził… Uznałem, że pisząc ją, przegrałem. Bo wiedziałem, że ta książka taka ma właśnie być, by uchwycić tę dynamikę stawania się. Wtedy, gdy przegrana zaczęła się we mnie instalować na dobre, przyrzekłem sobie, że już więcej nie będę opowiadać w ten sposób historii. Cóż, popełniłem błąd. Mam o to żal do samego siebie. Jednocześnie moja próżność szepce mi do ucha, że to chyba nie jest do końca takie złe… [śmiech] I wtedy spadła na mnie wiadomość o nagrodzie. Nie uwierzyłem. A dyrektorowi Wydawnictwa W drodze powiedziałem nawet niegrzecznie, że… [to wersja do druku] „zrobię mu krzywdę czułkami marsjańskimi, które noszę na głowie”.

Czułkami marsjańskimi? Tak się noszą trapiści?

Bardzo światowo. [śmiech] Dzięki temu mogą liczyć na to, że zostaną zauważeni. To znana socjotechnika. Wymyśliły ją… siostry zakonne. Pewne rzeczy podpatrzyliśmy, stąd i u nas właściwe tylko nam dodatki.

Á propos. Przed śmiercią rabin Zuzja powiedział: „W przyszłym świecie nie zapytają mnie: »Dlaczego nie byłeś Mojżeszem?«. Zapytają: „»Dlaczego nie byłeś Zuzją?«”. Czy poniekąd nie potrzebie głębszej identyfikacji służy i moda zakonna?

Hm… jest w tym ogromna mądrość. Otóż mamy w Aiguebelle współbrata. Ciekawy przypadek: gdy zapomni, że jest mnichem, jest świetny…

To dobre [śmiech].

Troskliwy. Życzliwy. Po prostu: człowiek dusza. Ale jak sobie przypomni, że jest w tym zakonie, robi się surowy jak nasza reguła i przestaje być sobą.

Człowiek w futerale. Jak u Czechowa.

Tylko że trapiści nie mają futerałów. Ten przecież szybko staje się za ciasny. O ile się dojrzewa. Dlatego u nas każdy z mnichów ma przed sobą dwie drogi: albo odwożą człowieka do psychiatryka, albo… zostaje i staje się świętym. Drogi pośredniej nie ma.

Niemniej ta ostatnia jest wspólna.

Rzeczywiście. Cmentarz trapistów to coś osobliwego. On się nie powiększa, dlatego że wszystkich braci chowamy w mogiłach, które są już… zamieszkałe. Myślę, że to wielkie przeżycie dla tych, którzy po raz pierwszy to widzą. Zapisane zostaje tylko imię, daty albo i same cyfry. Człowiek zostaje z chwilą śmierci wyzwolony z tego, co bardzo materialne, a zarazem zatopiony we wspólnocie. Na zawsze. Ba, nierzadko leży ze swoim byłym wrogiem. Ich kości zaś zostają przemieszane. I dobrze.

Śmierć wszystko wyrównuje.

Wyrównuje. Tak bardzo, że medytując na cmentarzu, człowiek się zastanawia: „Jak oni są cisi”.

[śmiech] Znakomite. Ale u trapistów trudno chyba o jakąś feerię nadzwyczajnych głosów?

Ptaki.

Ptaki? Teraz rozumiem, dlaczego mnisi z „Dziennika Galfryda” obdarzeni są ptasimi atrybutami. A to któryś z nich zagdacze, inny znów kołysze się jak kaczka, a jeszcze inny stroszy piórka.

Byłem namiętnym hodowcą ptaków jeszcze jako dominikanin w Gdańsku. Zresztą to rodzinne, bo mój dziadek był hodowcą kanarków. Do momentu, kiedy przyszli Rosjanie, żeby kanarki uwolnić. I zabrali je na mróz i śnieg. Podejrzewam, że tego wyzwolenia nie przeżyły. Tak, lubię ptaki, lubię na nie patrzeć.

Dlatego każdy z bohaterów u Michała, powiada Grzegorczyk, ma w swym genotypie coś z ptaka?

Tak. Ptak to stworzenie, które było bliskie św. Benedyktowi. Czytamy w II części Dialogów św. Grzegorza Wielkiego o kruku mądrali zaprzyjaźnionym z naszym świętym. Pewnego dnia kapłan Florencjusz, który „pragnął pochwał, jakie zdobywał Benedyktowi jego sposób życia, lecz nie chciał prowadzić życia godnego pochwały”, zaślepiony zawiścią ofiarował Benedyktowi zatruty chleb. I wtedy to kruk, z polecenia Benedykta, ukrył truciznę głęboko w lesie. Ale i sam Benedykt miał coś z ptaka. Jego spojrzenie było ptasie – jakby operował sprawnie lunetą. Raz spoglądał na świat przez odwróconą lunetę, ogarniając go, zagęszczając i kondensując. Innym razem jego oko chwytało precyzyjnie powiększony detal. Jest bardzo piękna scena w drugiej części Dialogów św. Grzegorza Wielkiego. Otóż w pewnym momencie Benedykt zobaczył cały świat w jednym promieniu słońca. Zarazem był to ktoś ogromnie przywiązany do rzeczy, do detalu, do konkretu. Reguła Benedykta przepełniona jest bowiem szczególnym szacunkiem do rzeczy, powiedziałbym: nabożnością. Nie wolno ich niszczyć, nie wolno mścić się na rzeczach. Wszystkie przedmioty, które posiadamy, mamy traktować jak naczynia święte, liturgiczne, jak kielich na ołtarzu. To dotyczy kubka, talerza, koszuli, starego roweru… Myślę, że wszystko to bardzo się Panu Bogu udało. Lecz jeszcze trzeba to odczytać i przyswoić.

A do tego trzeba pokory.

Benedykt dużo pisze o pokorze. Uczy, jak ją zdobyć. Daje przy tym prostą radę. Powiada, by za gorzkie lekcje, których udziela życie, dziękować Bogu słowami: „Dobrze, Panie, żeś mnie upokorzył”. Myślę więc, że drogą do pokory nie jest poznanie siebie, choć to ważne, nie jest też przyjęcie siebie, akceptacja… bo i jedno, i drugie odbywa się poniekąd na moich warunkach. Jedyną drogą do pokory, może radykalną, w naszym zakonie praktykowaną, mniej lub bardziej świadomie, jest upokorzenie ze strony drugiego człowieka. Otóż muszę być upokorzony, żeby stać się pokorny. W słowie „upokorzyć” tkwi tajemnica pokory. Ten człowiek – mówimy – został upokorzony, przemieniony przez jakiś fakt, wydarzenie, które go obnażyło. Oczywiście, ono mogło go nawet zabić. Myślę, że ten, kto został po wielekroć upokorzony, gdy wskazano mu jego miejsce, wskazano szafkę na jego gniewy, pudełko na jego ambicje, po czym stwierdzono: „Wiesz, my cię lubimy za całkiem co innego”, zaczyna w końcu dziękować Bogu za to, co ma, a wszystko, co otrzymuje, traktuje jako dar. Co ciekawe, wtedy rezygnuje z obrony, protekcji, z własnej racji…

Ale to chyba niemożliwe bez głębokiej wiary.

Oczywiście.

Mówimy o pokorze. Jest w „Dzienniku” zapis – bodaj z 27 września 2000 roku – o drodze do Tibhirine. Zepsuł się wam samochód. Policja kogoś zatrzymała i nakazała, by wiózł was do klasztoru w górach. I ten człowiek, choć upokorzony, z wielką godnością to robi.

Cyrenejczyk. Rzeczywiście, pamiętam, policja dla niego nie istniała, mimo że został brutalnie zatrzymany, był popychany, krzyczano na niego. A on? Był u siebie. Wolny. Przywitał się. Usprawiedliwialiśmy się gorąco, na co on się właściwie zdziwił. Mówił, że nie ma sprawy: „To jest moje – wskazywał na auto. – Witajcie. Z przyjemnością was podwiozę”. Nie wziął żadnych pieniędzy…

Evangelia rediviva.

Wciąż żywa. Jak zawsze. I to na różnych kontynentach i w różnych [śmiech] wyznaniach. Ciągle.

O ile człowiek ma oczy otwarte, to okazuje się, że wszędzie można zobaczyć to jedyne zdjęcie Pana Boga.

Dokładnie. Proszę sobie wyobrazić – scena z Dziennika – dostaję kiełbasę z Polski. Suchą. A miałem takiego przyjaciela, Józefa. Taki człowiek w zdartych gumiakach. Zawołałem go, odwinąłem kiełbasę i mówię: „Powąchaj, Józiu”. Niucha. Oczy mu błyszczą. „Nic z tego, człowieku – powiadam – to wieprz, ty jesteś od proroka Mahometa, a ja jestem cysterskim talibem. Zabronione”. I ostentacyjnie zawijam wędlinę. Widzę, że Józef się nad czymś zastanawia. W końcu się odzywa: „No, ale jak się pomiesza z baraniną, to wolno”.

[śmiech]

Gdy jedliśmy już tę kiełbasę, przyszła mi na myśl zasada Disraelego: Never explain, never complain. [„Nigdy się nie tłumaczyć, nigdy nie narzekać”.] I pomyślałem, że oto Jezus – po raz kolejny – przekroczył granice. Nie ma rzeczy zabronionych.

Szabat więc dla człowieka.

Dziś, gdy myślę o tym, mam świadomość, że pogwałciliśmy wszystkie reguły trapistów. Mało tego, cieszyliśmy się, że tak jest. I że to było tak pięknie oszukane. „Z baraniną, to wolno”. [śmiech]

Widać zdarzają się sytuacje, kiedy świadomość obecności, tej pisanej wielką literą, jest tak wielka, że jakiekolwiek zakazy czy nakazy tracą swą moc. Ważniejsze było bycie z tym „drugim”.

Bo tak naprawdę istnieje tylko jeden nakaz: nakaz miłości. Jedyny. Nie ma innych.

Bez miłości – pisał gdzieś Ojciec – życie jest puste. Nieważne. Bezsensowne.

Ta miłość kazała chrześcijanom trwać w Algierii. Nie robili tego dla Chrystusa, jak wielu o tym dziś opowiada. Nie będziemy uciekać – mówili – ponieważ zdradzimy naszych sąsiadów, którzy żyli z nami pięćdziesiąt lat.

W sytuacjach terminalnych pokazuje się człowiek. W chwili jego krzyżowania poznajemy dopiero, kim jest.

Istotnie.

Od kilku lat przebywa Ojciec w Aiguebelle, we Francji, gdzie uprawia intensywnie… ziołolecznictwo w postaci – nie wiem, czy mówić? – wyskokowej.

[śmiech] Łagodnie wyskokowej… Nic nadzwyczajnego. Nalewka pobudzającoekscytująca. Nazywamy ją Alexion. Ot, proza życia, trzeba z czegoś żyć, a ponieważ maszyny są dość stare i zużyte, to praca jest dość ciężka. Alexion nie jest dla nas żyłą złota, ale też nie jesteśmy zagrożeni komornikiem. Odkryłem przy tym zajęciu, jak bardzo ogłupiająca jest praca fizyczna.

Czyli to rzeczywiście przekleństwo?

Prawdziwe! Bywa, że mamy taki obraz mnicha, który sobie chodzi, medytuje. Tu coś zagrabi, tam podkopie. Od czasu do czasu. Dla przyjemności. Tymczasem, gdy jest trzydzieści stopni w cieniu i trzeba coś zakopać albo wykopać, to po dziesięciu minutach już się człowiekowi nie chce. Podobnie ciężko jest w loszku, w którym produkujemy Alexion, w gwarze, huku, od siódmej rano do trzeciej, przekładając butelki jak automaty. Tam nie ma mistyki. Jedyne, o czym wtedy się marzy, to żeby się położyć. Nie ma mowy o jakiejkolwiek lekturze.

To skąd te chwile wyrwane dla literatury?

To wynika z dyscypliny. I to nie są chwile dla literatury, ale chwile, które trzeba nazwać. To jakby podpórki. Ja żyję nie dla literatury, a dla Pana Boga, to zaś, że piszę, świadczy o tym, iż wziąłem czas, który był mi dany, w karby i spróbowałem doprowadzić siebie do porządku przez zapisywanie. Słowem, literatura jest dla mnie formą duchowej higieny. Nie uważam, że muszę mieć czas na pisanie. Jestem zbyt wielkim konformistą, aby tak myśleć. Nie należę do cechu pisarzy. Dla mnie pisanie to działanie duchowe. Sposób na trzymanie się w kupie.

Poezja także? Pytam, bo w „Listach do Lwa” jest zaskakująca uwaga o wierszu. Ten dobry „często przewyższa siłą najmocniejszy alkohol i chętne ramiona kochanki”.

[śmiech]

Czym jest zatem poezja, że drzemie w niej taka moc?

Myślę, że to fenomen skrótu. Dla mnie poezja jest rodzajem kondensatu. Kocham poetów, którzy umieją nazwać rzeczywistość w jednym błysku. Prawda, i mnie czasami udaje się w kilku wersach opowiedzieć to, co widzę albo czuję. Ale poezję to pisze Czesław M., Brodski czy Hartwig, ja zaś – to powiedzenie Brodskiego – tylko „żyłuję Muzę”.

[śmiech]

Zauważyłem ciekawą rzecz. W tekstach Ojca pojawiają się co rusz dowody obcych lektur. Takie łyczki, jak to mówił Grzegorczyk. A to łyczek Brodskiego, a to Miłosza, a to łyczek Hartwig, Bobkowskiego, Herberta. Różne. Czy posiłkowanie się myślami innych jest formą inspiracji, czy dokumentacji własnej przemyśleń?

To wyraz hołdu dla ludzi, którzy lepiej coś nazwali. Może to banalne, co powiem, ale myślę sobie: po co mam to raz jeszcze mówić, skoro powiedzieli to już inni. Dla mnie sięganie po cytat to rodzaj dialogu. Ja nie jestem zazdrosny w literaturze. Przeciwnie, uwielbiam strasznie (dobry oksymoron, co!), jak ktoś coś dobrego napisze. Budzi to we mnie dziką wręcz radość, że udało się złapać akurat ten kawałek, w którym on czy ona tak to nazwali. Umiem się tym cieszyć, choć inni uważają, że wówczas powinienem być smutny. [śmiech] Gdy się tak zastanawiam nad tym swoim pisaniem, wiem, że nie mógłbym zrobić jednego: zdradzić miłości dla pisania albo nazywania. Gdybym więc miał wybierać między miłością do osoby a pisaniem, wybór padłby na osobę. Co prawda, Grzegorczyk się czasem ze mną spiera, bo ja oczywiście jak papuga, choć papuga przekonana, powtarzam za Miłoszem, że „literatura jest zamiast”. Może uważam tak, bo jestem prostym człowiekiem i tkwi we mnie tradycja, moja chłopska tradycja, która szepce mi do ucha: „Kto się zna na piśmie, ten się do piekła ciśnie”. Tak, tym, co mnie w istocie pociąga, jest konkret, żywość.

Hm… I taka jest ojca literatura. Pełna konkretu życia. W „Listach do Lwa” zabiera głos nawet diabeł, którego ponoć nie ma, tymczasem – o czym nie bez ironii mówi – nieustannie wyświadcza nam dobro, pozbawiając możliwości wstydu i poczucia winy.

Dlatego czytajcie Listy świadomie.

Zwłaszcza mając na uwadze spostrzeżenie Conrada: „Autor pisze tylko połowę książki, druga połowa należy do czytelnika”.

Literatura jest dla mnie formą duchowej higieny
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...