Dostałem szansę, a nie powinienem
fot. humphrey muleba / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Twarze i imiona

0 votes
Wyczyść

Miałem kiedyś takie przekonanie, że oni w tym kościele tak okropnie śpiewają i mają takie dziwne problemy, a przecież ja jestem wielkim artystą, więc dlaczego mam być w jakiejś wspólnocie z listonoszem, czy moherową babcią.

Katarzyna Kolska, Roman Bielecki OP: Rozmowa o modlitwie jest czymś bardzo intymnym. Ale właśnie na taką rozmowę chcemy pana namówić…

Michał Lorenc: Nie mam problemu z tym, by mówić o modlitwie, dlatego że nie doświadczam żadnych mistycznych stanów, nadzwyczajnych uniesień, nie mam też wyraźnego poczucia komunikacji z Najwyższym. Znam natomiast osobę, która doświadczyła obecności, a nawet dotyku Boga.

To jest dar. Ja tego nigdy nie przeżyłem. Mam za to poczucie, że modlitwa to jedna z niewielu rzeczy, które mają sens, i nadają sens mojemu życiu.

Trudno modlić się w pustkę.

A dlaczego w pustkę? To jest trochę pytanie o to, czy patrząc na przewód elektryczny, wierzę, że płynie w nim prąd. Ja wiem, że jestem słuchany i że jest to pewien akt bardzo intymnego i osobistego oddania. Matka Teresa z Kalkuty tylko raz w życiu, jako młoda osoba, doświadczyła fizycznie i psychicznie obecności Boga. A potem już nigdy. I przez resztę życia modliła się w pustkę i pytała, czy to, co robi, ma sens. Broń Boże się nie porównuję, tylko mam poczucie tego, że są osoby, które doświadczają owoców modlitwy po prostu fizycznie. Byłem tego świadkiem.

Modlitwa jest dla pana ciszą, słowami, milczeniem, szeptem?

Myślę, że każdy człowiek modli się inaczej. Jest Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba…

Ja jestem w neokatechumenacie, więc podlegam pewnym rygorom dotyczącym modlitwy. Codziennie odmawiam brewiarz: jutrznię, godzinę czytań, prawie codziennie kompletę. Modlitwa brewiarzowa jest mi szczególnie bliska. Tajemnica psalmów polega na tym, że kiedy je czytam, mam wrażenie, że je przed chwilą napisałem. One dokładnie oddają mój stan – każdy z kilku psalmów wyznaczonych na dany dzień. Słyszę w nich moje myśli, których sam nie potrafiłbym tak precyzyjnie sformułować. Jest też cicha modlitwa serca: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną, bo jestem grzesznikiem”. Skupiam się na tym jednym zdaniu i staram się nie myśleć o tym, co było, co będzie, co mam zrobić, dokąd mam pójść. To jest trudne, wytrzymać piętnaście minut, myśląc wyłącznie tą modlitwą.

Jaka była pana droga do neokatechumenatu?

Długa i kręta, bo nie było mnie w Kościele. Zostałem ochrzczony, przyjąłem pierwszą komunię, ale to były czynności zwyczajowe, rytualne. Moja żona bardzo się modliła o to, żebym się nawrócił i żeby zmieniło się moje życie. Śmierć naszego czteromiesięcznego dziecka sprawiła, że poszedłem do kościoła.

Jakiego Jezusa pan wtedy doświadczył?

Ja w ogóle nie miałem pojęcia o Jezusie. Wiedziałem, że jest Bóg, że jest Kościół – ale nie wiedziałem i nie rozumiałem tego, że Jezus jest ze mną zawsze, że zawsze był, nawet kiedy nie byłem w Kościele, kiedy się nie modliłem. Że zawsze byłem Jego ukochanym dzieckiem. Wspólnota, do której trafiłem, ocalała mnie od lęku, od dokuczliwej codzienności. Obecność prezbitera, braci i pewnej więzi, która się tam tworzy, dawała poczucie bezpieczeństwa, że staje się prawdą myśl – „Boże, ja cię kocham”. Dopiero niedawno to zrozumiałem.

Czy można powiedzieć, że wspólnota panu pomogła?

Co to w ogóle za pytanie? Żyję.

Bardzo ważne. I ono musi paść w takiej rozmowie. Bo kiedy mówimy o modlitwie, ludzie często pytają: Po co mi wspólnota? Po co mam iść na mszę? Wolę się sam pomodlić.

Nikomu nie chciałbym radzić, bo wiem, że każdy ma swoją drogę. Mogę mówić tylko o sobie i o swoim doświadczeniu. O tym, że byłem w fatalnym stanie ze względu na nadużywanie rzeczywistości i że dostałem szansę, a nie powinienem. Nie zasługiwałem na to, żeby żyć, i zostałem z życia w pułapce egoizmu wyprowadzony – pomału, ale bardzo czule i troskliwie. Nawet nie dzięki modlitwie, bo modlę się dopiero od kilku lat, ale dzięki łasce. Nie ma w tym żadnej mojej zasługi. Pan Jezus wyciągnął rękę akurat po mnie. Myślę, że to jest kolejny dowód na szaleństwo Pana Boga, który ratuje czasami takich osobników jak ja. Dlaczego? Nie wiem.

Do nas wszystkich wyciąga rękę, tylko nie zawsze chcemy ją chwycić. Bo jesteśmy przekonani, że Go nie potrzebujemy, że sami damy sobie radę.

Ja nie wierzyłem, że dam radę. Nie widziałem już dla siebie szansy. Wszystkiego się bałem. Ale kiedy wchodziłem do kościoła, czułem spokój. To było jedyne takie miejsce. Ten strach po jakimś czasie minął, potem była pycha, że oni w tym kościele tak okropnie śpiewają i mają takie dziwne problemy, a przecież ja jestem wielkim artystą, więc dlaczego mam być w jakiejś wspólnocie z listonoszem czy moherową babcią. Bardzo szybko mnie uporządkowano, okazało się, że nie jestem w niczym lepszy, a przeważnie w wielu rzeczach jestem gorszy niż ta wspólnota, niż ci ludzie. Wiem i widzę to. Rzeczywistość, którą dostałem od Kościoła, jest najciekawszą rzeczywistością, jaką można sobie wyobrazić. Naprawdę nie nudzę się, mimo swojego ADHD.

Od ilu lat jest pan we wspólnocie?

Od kilkunastu.

Powiedział pan przed chwilą, że najpierw była wspólnota, a modlitwy nauczył się pan dopiero dużo później.

Czy się nauczyłem? Wykonuję pewne gesty, z pozoru puste i formalne, które nadają mojemu życiu sens czytelny dla mnie, ale nie wiem czy zrozumiały dla kogokolwiek innego. Pierwszy okres mojego powrotu do Kościoła to było głębokie upokorzenie. Ale jeszcze wcześniej była modlitwa Marcina Pospieszalskiego o moje uzdrowienie. Byłem w bardzo trudnej sytuacji i poprosiłem Marcina, który był dużo młodszym, ale serdecznym kolegą muzykiem, żeby powiedział, czy ma jakiś pomysł, jak mi pomóc. I on u mnie w domu zaczął się modlić w mojej intencji, co mnie zezłościło i upokorzyło: No zaraz, dorosły facet zaczyna się nagle modlić? Nie zrozumiałem, że oto już natychmiast doświadczam owoców modlitwy wstawienniczej.

Mówi pan o pustych gestach, o tym, że nie doświadcza fizycznej obecności Jezusa. Matka Teresa przez 40 lat żyła bez doświadczenia Boga. To może przestraszyć…

Wolelibyście usłyszeć o tych spektakularnych wizjach, transcendencjach i lewitacjach?

Nie. O prawdziwych przeżyciach.

Wydaje mi się, że próbuję racjonalnie podchodzić do rzeczywistości, trochę cynicznie i szyderczo, żeby nie czuć się oszukanym. W Izraelu zaskoczyło mnie to, że w jesziwach, jak myślałem w miejscach najintymniejszej modlitwy, rozbrzmiewa gwar, oczy rażą brzęczące jarzeniówki. Żydzi przekrzykują się, palą papierosy, piją alkohol. W zgiełku rozważają słowo Boże, prowadząc spory, skrutują Torę. Zrozumiałem, że podniosły nastrój naszych kościołów – kadzidełko, świeca, stosowna muzyka – potrafią zakłócić istotę komunikacji i dialogu z Panem. Myślę, że tam, gdzie się rozważa Pismo Święte, powinno być jak w biurze, w urzędzie, w poczekalni, by nie ulegać emocjom, które zniekształcają istotę wzajemnego przekazu, bo naprawdę liczy się konkret, a nie ulotna, złudna emocja. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie lubię kościołów, w których jest tak zwany nastrój, a na ścianach wiszą piękne obrazy, ale uświęcenie jest w codzienności, w szarości i ciszy.

Tylko że dla kogoś te emocje mogą być zachętą do postawienia kolejnego kroku i stopniowego zanurzania się w modlitwę.

Dla mnie modlitwa jest najważniejszą rzeczą w moim życiu. I wydaje mi się, że nie chodzi o wypracowanie jakiejś mantry, tantry czy innej medytacji. Mam przyjaciół, którzy medytują i uważają, że mój brewiarz też jest rodzajem medytacji. Niedawno z przyjacielem Janem Kelusem wszedłem do kościoła, trwał właśnie różaniec. Był tłum młodych ludzi. Ale dla Kelusa, który żyje w pustelni, to był szok. Tyle młodzieży w kościele! I powiedział: Aha, czyli oni tutaj mówią ten różaniec tak jak normalny człowiek medytuje w lotosie w Indiach. Ja na to: Janek, jest na odwrót, ten człowiek w lotosie w Indiach modli się do Pana Boga tak jak my różańcem.

Stary midrasz mówi o Żydzie, który obszedł całą ziemię w poszukiwaniu szczęścia, a znalazł je pod łóżkiem, z którego wyruszył.

Może zbyt rzadko słyszymy w kościele o tym, jak się modlić? Owszem, mówimy o tym, że modlić się trzeba i że modlitwa jest potrzebna, tylko nikt tego nie uczy.

Kiedyś ktoś mnie zapytał, i to było dla niego bardzo ważne, jak się modlić. Ja nie umiałem odpowiedzieć. Ale powiem inaczej: Nie ma głupich homilii, przypadkowych nonsensów, nierozgarniętych księży, chociaż z pozoru tak się może wydawać. Idąc na mszę, dostaję to, na co zasłużyłem, ani mniej, ani więcej. Jeśli tego nie akceptuję, to oznacza, że we mnie samym tkwi problem, a jeśli tego nie zrozumiem, trzeba wszystko zaczynać od początku.

Czy dla pana modlitwa jest częściej dziękowaniem, błaganiem czy proszeniem, a może tylko takim powierzaniem się?

Miałem kiedyś tyle tupetu, że prosiłem o pieniądze, bo wisiała nade mną jakaś rata do spłacenia. I je dostałem. W tej chwili jest zupełnie inaczej. Dziękuję tylko za wczoraj, za to, co mi Bóg dał, za to, co mnie spotkało, za ludzi, których usłyszałem, za te wszystkie sprawy i kolory, które wczoraj były, i proszę o błogosławieństwo na dzisiaj. To wszystko. Najważniejsze jest dla mnie to, że dawniej mówiłem Ojcze nasz, ale w domyśle było „Ojcze mój” – Leszka Millera, o, to już nie. Teraz mówienie Ojcze nasz przychodzi mi z większą łatwością. Piękno i mądrość tej modlitwy wciąż mnie zaskakują, każdy z nas inaczej ją rozumie.

Różaniec też jest panu bliski?

To najgłębsza i najpiękniejsza modlitwa, poza tym jest to modlitwa do Matki. Kilka lat temu przeżywałem bardzo trudny czas i różaniec mnie z tego wyprowadził. Wiem też, że różaniec pomógł wielu ludziom, i to w taki cudowny, nadprzyrodzony sposób. Ale może to, co mówię, jest oczywiste.

Wcale nie. Choć niektórzy z lekką ironią w głosie mówią o klepaniu różańca.

Kilka miesięcy temu, w chwilowym poczuciu ruiny życiowej i zawodowej, powtarzałem modlitwę Zdrowaś, Maryjo. I jedyne zdanie, które mnie niosło, słowo, które dawało mi cień nadziei, że wyjdę z tego, brzmiało „pełna łaski”. Bo ono oznaczało, że mogę tę łaskę dostać, mogę się jej uczepić. Te słowa mnie ocaliły, wydobyły z ciemności. Wiem, że dla kogoś z zewnątrz to, co mówię, może się wydawać absurdalne i beznadziejnie nieciekawe. Ale inaczej nie umiem tego opowiedzieć.

Czy kiedy pan pracuje, komponuje, ma pan poczucie, że to, co robi, jest na chwałę Boga?

Nie, przeciwnie, nie potrafię chwalić stworzenia i Pana muzyką. Gdybym pisał do szuflady, to może tak by było. Ale czuję Jego pomoc. Przekładałem kiedyś w komputerze jakiś temat muzyczny z pola A do pola B i nagle usłyszałem piękną harmonię, która sama się stworzyła. Więc teraz często klikam myszką i mówię: Panie Boże, co Ty mi teraz tutaj pokażesz? I słucham… To bywa po prostu niesamowite.

Otrzymaliśmy przecież dary Ducha Świętego, między innymi dar rozumu, i dzięki temu pan wie, jak należy tą myszką kliknąć.

No i gdy sobie tak klikam, to czuję niedowierzanie, czy Jemu się tym razem znowu uda.

Przeprowadzaliśmy niedawno wywiad z ojcem Leonem Knabitem. W pewnej chwili zadzwonił jego telefon. Ojciec przerwał rozmowę i powiedział: O, Pan Jezus do mnie dzwoni, ciekawe w czyjej postaci? Być może do pana Jezus przychodzi w postaci osób, które składają zamówienia na muzykę.

Przypomina mi się opowieść Wojciecha Kilara o jednym z utworów wielogłosowych skomponowanych przez niego. Ktoś zwrócił mu uwagę, że część tych głosów w partyturze napisana jest na darmo, bo są niesłyszalne i nic nie wnoszą do tego utworu, ale na papierze są pięknym pomysłem. Na co Kilar powiedział, że w katedrach jest wiele miejsc, do których żadne oko ludzkie nigdy nie zajrzy, a mimo to są one kunsztownie wykończone i pełne malowideł. I te malowidła są na chwałę Pana.

Wspominał pan Matkę Teresę. Którzy ze świętych są panu szczególnie bliscy?

Jest Faustyna, jest Albert, ojciec Pio. To są święci na topie, o których teraz często można przeczytać. Ale świętość codzienności, np. utrzymania wielodzietnej rodziny robi na mnie największe wrażenie.

A w Albercie co pana zachwyciło?

Porzucenie zawodu, radykalna zmiana życia. No i to, co powiedział o modlitwie: że ona daje radość, zupełnie inną niż wszystko.

Czy to, że modli się pan brewiarzem, który narzuca pewien rytm dnia, uporządkowało pana życie?

Nic nie uporządkowało. Moje życie nadal jest kruche i bezładne. Moje plany i ambicje mają coraz mniej związku z rzeczywistością, co ma znaczący wpływ na zaskakujące zwroty akcji i nietypowe rozwiązania dramaturgiczne. Naprawdę, nie ma ciekawszej rzeczywistości, ani lepszej dla tej rzeczywistości syntezy. Ten wielki bałagan jest moim bałaganem i zrozumienie jego definicji jest moim własnym i odrębnym zrozumieniem sensu życia. Więc jutrznię odmawiamy z żoną czasami dopiero o 11, o co oczywiście do wszystkich mam pretensję. I znowu trzeba życie zaczynać od nowa, bo niczego ze zdarzeń i faktów się nie zrozumiało.

Niektórzy mówią, że modlitwa jest po nic, że to takie marnowanie czasu. A we współczesnym świecie wszystko musi być po coś. Czy na swój użytek potrafi pan znaleźć jakieś uzasadnienie tej modlitwy?

Nie wyobrażam sobie bez niej życia, nie wyobrażam sobie kolejnego dnia, mojego małżeństwa, mojej rodziny. Tego się nie da zamknąć w jednym zdaniu. Psalmy, które są mi tak bliskie, to absolutne dzieła sztuki literackiej – ta składnia, te zdania, zapomniane pojęcia. Mam na myśli teraz jedynie wymiar estetyczny, a to przecież jeden z wielu wymiarów. Modlitwa to jest wchodzenie w taką nienazywalną rzeczywistość, to jest dar, łaska, wielki i nieoczekiwany prezent. Podobnie jak eucharystia. Jeżeli idę na eucharystię po to, żeby niewolniczo oddać swój dług, to w ogóle nie ma sensu. Eucharystia jest radością, modlitwa też jest radością. Radością świadomości, że jest się naprawdę kochanym przez konkretną Osobę, która tu jest. Nic więcej. Głupstwa mówię?

Nie. Dlaczego głupstwa?

Mam takie unikatowe zdjęcia Jana Pawła II, gdy siedzi sobie na leżaku i odmawia brewiarz. Widać, że on jest w innym świecie.

Potrafi pan się wzruszyć na modlitwie i rozpłakać?

Nie, skąd. Chyba że nad sobą: Panie Boże, dlaczego mi tak zrobiłeś? Modlitwa to jest zaszczyt, takie: Panie, Ty mi pozwalasz ze sobą rozmawiać.

Rozmawiamy o modlitwie w kontekście zaczynającego się niedługo postu.

Czym dla mnie jest post? To jest czas specjalny, kiedy wyłączam radio, telewizor, internet, w tym roku chcę też wyłączyć telefon, i zawieszam się w zupełnie innej rzeczywistości, która po kilku dniach przynosi niespodziewane efekty – że jest inna prędkość, że jest super, że świat nie składa się z katastrof, polityków, artystów. Wtedy właśnie zaczyna się modlitwa.

Nie będzie pan używał telefonu przez 40 dni?

Chciałbym.

A znajomi nie będą mieli pretensji?

Nie mam zbyt wielu znajomych. To tylko 40 dni.

No dobrze. Wyłącza pan to wszystko, bo…

Bo to jest dla mnie bardzo dobre.

Trudne jest mówienie o świętości jednego czasu w odróżnieniu od drugiego i nazywanie pewnych duchowych doświadczeń, które nie podlegają takiej semantycznej klasyfikacji. Nie dlatego że się wstydzę, ale dlatego że nie potrafię o tym mówić. Wszystko, czego doświadczam, przychodzi do mnie bez żadnego zabiegania o to.

Ale skoro pan mówi, że wyłączy pan telefon, internet, radio, odłączy się od zewnętrzności, to znaczy, że to jest po coś?

Tak. Mam problem – w związku ze swoją emocjonalnością – z rzeczywistością polityczną, społeczną i z osądem tych ludzi. Świat medialny wywołuje we mnie niepotrzebne i przesadne emocje. Może dla jednych tą emocją jest oglądanie pornografii, dla innych ekstatyczna filatelistyka – no, może trochę przesadziłem – moją trucizną pośród innych jest polityka. To jest świat, którego nie znoszę, zaglądam tam i myślę: Boże, co oni mówią? Ciekawi mnie jakość informacji i to, jak ona jest zniekształcona, jak jest zmanipulowana, co jest wyciągane jako news, a co jest zdaniem kogoś nieważne. Świat zmielony w medialnej maszynce jest niebezpieczny i niewiarygodny, przynosi ofiary, dokonuje zamachu na naszą duchowość. Dlatego próbuję się od tego odciąć.

Doświadcza pan owoców modlitwy?

Właśnie cały czas o tym mówię. Przyjmowanie z radością upokorzeń to jest chyba jedna z tajemnic, które powoli zaczynam rozumieć. W racjonalnym porządku świata nie da się tego pojąć, ta ekonomia jest niezrozumiała dla współczesnego widza, który za wszelką cenę nie chce być uczestnikiem zdarzeń, a najwyżej ich racjonalnym, niemym obserwatorem, bo świat jest w tej chwili i tak dostatecznie dziwny. Zresztą nie będę oceniał świata – zawsze był dziwny i zawsze będzie dziwny. Jest jaki jest. Jest dobry. Ale bez modlitwy widać to bardzo niewyraźnie.

Dostałem szansę, a nie powinienem
Michał Lorenc

urodzony 5 października 1955 r. w Warszawie – polski kompozytor muzyki filmowej, skomponował muzykę do blisko 200 filmów, m.in. „300 mil do nieba”, „Kroll”, „Psy”, „Prowokator”, „Bandyta”, „Żółty szalik”, „Przedwiośnie”, „Wino truskawkowe”, „Różyczka”, przygotował oprawę muz...

Dostałem szansę, a nie powinienem
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Katarzyna Kolska napisała dziesiątki reportaży i te...

Dostałem szansę, a nie powinienem
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, były Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu (2018-2022), autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze