… czekania na Nikogo
fot. paolo bendandi / UNSPLASH.COM

… czekania na Nikogo

Spotkanie, które będzie ostatecznym spełnieniem wszystkich naszych tęsknot, wciąż jest przed nami, a teraz – czekając na nie – nosimy w sobie wieczne niespełnienie. Jesteśmy niespełnieniem. Na razie czekamy.

Wstając od ustawionego na środku ciepłej i zatłoczonej kuchni wigilijnego stołu, najpierw trzeba się było przecisnąć przez tłumek dorosłych członków rodziny. Tak zwana duża izba była przestronniejsza i bardziej niż kuchnia nadawałaby się na miejsce rodzinnej wigilii, ale przygotowane tam zawczasu do spania, wypchane słomą, sienniki zajmowały całą powierzchnię podłogi, a poza tym wiadomo: w kuchni zawsze przytulniej. Potem naprędce – by nie wysłuchiwać zbyt długich kazań o konieczności założenia czapki – trzeba było coś ciepłego na siebie narzucić i przez chłodną sień wyjść z drewnianej, krytej strzechą chałupy na zaśnieżone podwórko. W jego centralnej części, między chałupą a stodołą, stała obora – cel wigilijnej pielgrzymki naszej złożonej z małoletnich wnucząt grupy. Po otwarciu grubych drewnianych drzwi stawaliśmy w progu obory, a zaskoczone krowy odwracały w naszą stronę głowy i zdziwionymi, wielkimi jak dziecięce pragnienia oczami patrzyły na niespodziewanych małych gości. Dziadek, pod którego przewodnictwem odbywała się ta pielgrzymka, uroczyście wkładał krowom do żłobu przełamany i zawinięty w siano specjalny różowy opłatek przeznaczony dla krów i owiec, bo one też były przy żłóbku Pana Jezusa i dlatego dzielenie się opłatkiem im też przysługiwało (brak pisemnych dowodów na to, że konie też były obecne w betlejemskiej szopce skutkował tym, że ukochana przez nas wszystkich dziadkowa kobyła Baśka, mimo naszych błagań i łez, nigdy opłatka nie dostawała, a o świniach i kurach nie wspominam, bo nawet nie próbowaliśmy prosić). Po zostawieniu opłatka i wyjściu z obory dziadek zamykał drzwi, ale nie do końca i nie na skobel, żebyśmy przez pozostawioną szparę mogli usłyszeć… Tak więc z uchem przyłożonym do zimnych drewnianych drzwi nasłuchiwaliśmy. Jak powszechnie wiadomo, w wigilię Bożego Narodzenia zwierzęta mówią ludzkim głosem i krowy mojego dziadka nie były w tym względzie żadnym wyjątkiem. Kiedy jednak z nieznanych do tej pory przyczyn nie mogliśmy ich usłyszeć, dziadek przyciszonym głosem tłumaczył, że „one czują, że tu jesteśmy, i dlatego nie mówią, ale gdybyśmy dłużej poczekali albo przyszli w nocy, to wtedy na pewno byście usłyszeli, jak one mówią. Ja słyszałem wiele razy”. Nieugięcie czekaliśmy więc w ciszy jeszcze trochę, ale potem przenikliwy chłód oraz świadomość, że na wigilijnym stole babcia stawia kolejne potrawy, sprawiały, że porzucaliśmy niespełnione oczekiwanie na rzecz szybko spełniającej się konsumpcji.

Wiecznie żywe i

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się